lektury on-line

Kategorie

W pustyni i w puszczy - Henryk Sienkiewicz - Strona 165

Linde posiadał znaczne zapasy wszelkiego rodzaju konserw, ale w obawie szkorbutu polował codziennie dla zdobycia świeżego mięsa. Był on wybornym strzelcem, lecz nie dość ostrożnym myśliwym. I stało się, że gdy przed kilku dniami zbliżył się lekkomyślnie do powalonego dzika ndiri, zwierz zerwał się i poszarpał mu okropnie nogę, a następnie podeptał krzyż. Zdarzyło się to tuż koło obozu i w oczach Nasibu, który podarłszy własną koszulę i uczyniwszy z niej bandaż zdołał zatamować upływ krwi i odprowadzić rannego do namiotu. W nodze jednak od wewnętrznego wylewu krwi potworzyły się skrzepy i choremu groziła gangrena.
Staś chciał go koniecznie opatrywać i oświadczył, że albo będzie przyjeżdżał codziennie, albo by nie zostawiać Nel tylko pod opieką dwojga czarnych, przewiezie go między końmi na rozpiętych wojłokach na cypel, do „Krakowa”.
Linde zgodził się na pomoc w opatrunkach, ale nie zgodził się na przewiezienie.
— Ja wiem — mówił wskazując na swoich Murzynów — że ci ludzie muszą pomrzeć, ale póki nie pomrą, nie mogę ich skazać na rozszarpanie żywcem przez hieny, które nocami ogień tylko trzyma w oddaleniu.
I począł powtarzać gorączkowo:
— Nie mogę, nie mogę, nie mogę!
Lecz uspokoił się zaraz i mówił dalej jakimś dziwnie wzruszonym głosem:
— Przyjdź tu jutro rano… Ja mam do ciebie prośbę, którą jeśli spełnisz, to może Bóg wyprowadzi was z tych afrykańskich czeluści, a mnie da śmierć lekką. Chciałem tę prośbę odłożyć do jutra, ale ponieważ jutro mogę już być nieprzytomny, więc wypowiem ją dziś: weź wody w jakie naczynie, zatrzymaj się przed każdym z tych śpiących biedaków, pryśnij na niego wodą i powiedz te słowa: „Ja ciebie chrzczę — w imię Ojca, i Syna, i Ducha!…”
Tu wzruszenie zatamowało mu głos i umilkł.
— Wyrzucam sobie — mówił po chwili — żem się nie żegnał tak z tymi, którzy umierali na ospę, i z tymi, którzy posnęli poprzednio. Lecz teraz śmierć stoi nade mną… i chciałbym… choć z tą resztą mojej karawany pójść razem w tę ostatnią wielką podróż…
To rzekłszy wskazał ręką na rozpromienione niebo — i dwie łzy spłynęły mu z wolna po policzkach.
Staś płakał jak bóbr.
ROZDZIAŁ XXXIV
Nazajutrz poranne słońce oświeciło dziwne widowisko. Staś chodził wzdłuż skalnej ściany, zatrzymywał się przed każdym Murzynem, skrapiał mu czoło wodą i wymawiał nad nim sakramentalne słowa. A oni spali z drżeniem rąk i nóg, z głową spuszczoną na piersi lub podniesioną do góry, żywi jeszcze, a podobni już do trupów. I tak się odbywał ten chrzest śpiących, w ciszy porannej, w blasku słonecznym, w głuszy pustynnej. Niebo było tego dnia bez chmur, wysokie, siwobłękitne i jakby smutne.
Linde był jeszcze przytomny, ale coraz słabszy. Po opatrunku wręczył Stasiowi zamknięte w blaszanym futerale papiery, polecił je jego opiece i nie przemówił nic więcej. Nie mógł już jeść, ale pragnienie dręczyło go okrutnie. Znacznie przed zachodem słońca zaczął majaczyć. Wołał na jakieś dzieci, by nie odpływały za daleko na jezioro, a w końcu jął się rzucać w dreszczach i obejmować głowę rękoma.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia