lektury on-line

Kategorie

W pustyni i w puszczy - Henryk Sienkiewicz - Strona 107

I nie skończył, bo w tej chwili stało się coś przerażającego. Oto wśród ciszy nocnej w głębiach wąwozu, w tej stronie, gdzie leżały trupy, rozległ się nagle jakiś nieludzki okropny śmiech, w którym drgała rozpacz i radość, i okrucieństwo, i ból, i łkanie, i szyderstwo — rozdzierający i spazmatyczny śmiech obłąkanych lub potępieńców.
Nel krzyknęła i z całych sił objęła Stasia ramionami. A jemu wszystkie włosy stanęły dębem. Saba zerwał się i począł warczeć.
Lecz siedzący opodal Kali podniósł spokojnie głowę i rzekł prawie wesoło:
— To hieny śmiać się z Gebhra i z lwa.
ROZDZIAŁ XXIII
Wielkie wypadki poprzedniego dnia i wrażenia nocne tak wymęczyły Stasia i Nel, że gdy wreszcie zmorzył ich sen, zasnęli oboje kamiennym snem i dziewczynka dopiero koło południa ukazała się przed namiotem. Staś zerwał się nieco wcześniej z wojłoku rozciągniętego blisko ogniska i w oczekiwaniu na towarzyszkę kazał Kalemu zająć się śniadaniem, które ze względu na późną godzinę miało być zarazem obiadem.
Jasne światło dnia rozpędziło nocne strachy; oboje zbudzili się nie tylko wypoczęci, ale i pokrzepieni na duchu. Nel wyglądała lepiej i czuła się silniejsza, że zaś oboje chcieli odjechać jak najdalej od miejsca, w którym leżeli postrzelani Sudańczycy, więc zaraz po posiłku siedli na koń i ruszyli przed siebie.
O tej porze dnia wszyscy podróżnicy po Afryce zatrzymują się na południowy wypoczynek i nawet karawany złożone z Murzynów chronią się pod cień wielkich drzew, są to bowiem tak zwane „białe godziny” — godziny upału i milczenia, podczas których słońce praży niemiłosiernie i spoglądając z wysoka, zdaje się szukać, kogo by zabić. Wszelki zwierz zaszywa się wówczas w największe gąszcze; ustaje śpiew ptaków, ustaje brzęczenie owadów i cała natura zapada w ciszę, przytaja się, jakby chcąc uchronić się przed okiem złego bóstwa. Lecz oni jechali wąwozem, w którym jedna ze ścian rzucała głęboki cień, więc mogli posuwać się naprzód nie narażając się na spiekę. Staś nie chciał opuszczać wąwozu naprzód dlatego, że na górze mogli być dostrzeżeni z dala przez oddziały Smaina, a po wtóre, że łatwiej w nim było znaleźć w rozpadlinach skalnych wodę, która w miejscach odkrytych wsiąkała w ziemię lub zmieniała się pod wpływem promieni słonecznych w parę.
Droga ciągle, lubo nieznacznie, szła w górę. Na ścianach skalnych widać było miejscami żółte złogi siarki. Woda w szczelinach przejęta była także jej zapachem, co obojgu dzieciom przypominało w niemiły sposób Omdurman i mahdystów, którzy namaszczali głowy tłuszczem ugniecionym z proszkiem siarczanym. W innych natomiast miejscach czuć było koty piżmowe, a tam, gdzie z wysokich wiszarów spadały aż na dół wąwozu przepyszne kaskady lianów, rozchodziła się upajająca woń wanilii. Mali wędrowcy chętnie zatrzymywali się w cieniu tych kotar haftowanych kwieciem purpurowym i lila, które wraz z liśćmi dostarczało pokarmu dla koni.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia