Na „wyspie” nie było natomiast żadnych większych zwierząt, a za to moc motyli i ptaków. Wielkie, białe jak śnieg papugi o czarnych dziobach i żółtych czubach przelatywały nad krzakami gojawów; drobne, cudnie upierzone „wdowy” kołysały się na cienkich łodygach manioku, mieniąc się i błyszcząc jak klejnoty, a z wysokich kokosów dochodziły głosy kukułek afrykańskich i łagodne, podobne do jęków gruchania turkawek.
Staś wracał z przeglądu z radością w duszy: „Powietrze jest zdrowe — mówił sobie — bezpieczeństwo zupełne, żywności w bród i pięknie jak w raju!” Wróciwszy do chaty Nel przekonał się, że jednak na wyspie znalazło się większe zwierzę, a nawet dwoje, gdyż mały Nasibu wykrył przez ten czas w gęstwinie bananów kozę z koźlęciem, których nie zdołali zrabować derwisze. Koza była już trochę zdziczała, ale koźlę poprzyjaźniło się natychmiast z Nasibu, który niezmiernie dumny był ze swego odkrycia i z tego, że za jego przyczyną bibi będzie miała teraz codziennie wyborne, świeże mleko.
— Co teraz będziemy robili, Stasiu? — zapytała pewnego dnia Nel, gdy już dobrze zagospodarowali się na „wyspie”.
— Roboty jest mnóstwo — odrzekł chłopak, po czym rozstawiwszy palce jednej ręki począł wyliczać na nich wszystkie czekające ich prace:
— Naprzód, Kali i Mea są poganami, a Nasibu, jako Zanzibarczyk, mahometaninem. Trzeba ich więc oświecić, nauczyć wiary i ochrzcić. Po wtóre, trzeba nawędzić mięsa na przyszłą podróż, a zatem muszę chodzić na polowanie; po trzecie, mając dużo broni i nabojów chcę Kalego nauczyć strzelać, aby nas dwóch było do obrony; a po czwarte, chyba zapomniałaś o latawcach?
— O latawcach?
— Tak, które będziesz kleiła albo, co jeszcze będzie lepiej, zszywała. I to będzie twoje zajęcie.
— Ja nie chcę się tylko bawić.
— Wcale też to nie będzie zabawa, ale robota, może najpożyteczniejsza ze wszystkich. Nie myśl też, te skończy się na jednym latawcu, bo musisz ich przygotować z pięćdziesiąt albo i więcej.
— Ale na co tyle? — pytała rozciekawiona dziewczynka.
Więc Staś począł jej wyłuszczać swoje zamysły i nadzieje. Wypisze oto na każdym latawcu, jak się zowią, jak wyrwali się z rąk derwiszów, gdzie są i dokąd idą. Wypisze także, że proszą o pomoc i o przesłanie depeszy do Port-Saidu. Potem zaś będzie puszczał te latawce zawsze, gdy wiatr będzie wiał z zachodu na wschód.
— Wiele ich — mówił — upadnie niedaleko, wiele zatrzymają góry, ale niech choć jeden doleci do brzegu i wpadnie w ręce europejskie — wówczas jesteśmy ocaleni!
Nel zachwycona była pomysłem i oświadczyła, że z mądrością Stasia nawet King nie może się porównać. Była też zupełnie pewna, że mnóstwo latawców doleci nawet do tatusiów — i obiecywała kleić je od rana do wieczora. Radość jej była tak wielka, że Staś w obawie, by nie dostała gorączki, musiał hamować jej zapał.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.