Tymczasem wyprawa posuwała się coraz dalej. Po dłuższym pobycie na wschodnich stokach Kilima-Ndżaro, po zbadaniu górnego biegu rzeki Sobbatu i Tany oraz gór Kenia kapitan i doktor wykręcili w kierunku północnym i po przebyciu bagnistej Guasso-Nyjro weszli na obszerną równinę, bezludną, a zamieszkaną tylko przez niezliczone stada antylop. Po trzech przeszło miesiącach podróży ludziom należał się dłuższy wypoczynek, więc kapitan Glen, odkrywszy niewielkie jeziorko obfitujące w zdrową, brunatną wodę, kazał rozbić nad nim namioty i zapowiedział dziesięciodniowy postój.
W czasie postoju biali zajmowali się polowaniem i porządkowaniem notat geograficznych i przyrodniczych, a Murzyni oddawali się słodkiemu zawsze dla nich próżnowaniu. Owóż zdarzyło się pewnego dnia, że doktor Clary wstawszy rano i zbliżywszy się do brzegu ujrzał kilkunastu Zanzibarczyków z karawany spoglądających z zadartymi głowami na wierzchołek wysokiego drzewa i powtarzających w kółko:
— Ndege? — akuna ndege! — Ndege? (Ptak? — nie ptak! — ptak?)
Doktor miał krótki wzrok, więc posłał do namiotu po szkła polowe, następnie spojrzał przez nie na ukazywany przez Murzynów przedmiot — i wielkie zdziwienie odbiło się na jego twarzy.
— Poproście tu kapitana — rzekł.
Lecz zanim Murzyni dobiegli, kapitan ukazał się przed namiotem, wybierał się bowiem na antylopy.
— Patrz, Glen — rzekł doktor wskazując ręką w górę.
Kapitan zadarł z kolei głowę, przysłonił oczy ręką i zdziwił się nie mniej od doktora.
— Latawiec! — zawołał.
— Tak, ale Murzyni nie puszczają latawców, więc skąd się tu wziął?
— Chyba jakaś osada białych znajduje się w pobliżu lub jakaś misja?…
— Trzeci dzień wiatr wieje z zachodu, czyli od stron nieznanych i prawdopodobnie tak samo nie zaludnionych jak ta dżungla. Wiesz zresztą, że tu nie ma żadnych osad ani misji.
— To rzeczywiście ciekawe…
— Trzeba koniecznie zdjąć tego latawca…
— Trzeba. Może się dowiemy, skąd pochodzi.
Kapitan dał rozkaz. Drzewo miało kilkadziesiąt metrów wysokości, ale Murzyni wdrapali się natychmiast na szczyt, zdjęli ostrożnie uwięzionego latawca i oddali go w ręce doktora, który spojrzawszy nań rzekł:
— Są jakieś napisy… Zobaczmy…
I przymrużywszy oczy jął czytać.
Nagle twarz mu się zmieniła, ręce zadrżały.
— Glen — rzekł — weź to, przeczytaj i upewnij mnie, żem nie dostał udaru słonecznego i że jestem przy zdrowych zmysłach!
Kapitan wziął bambusową ramkę, do której arkusz był przytwierdzony, i czytał, co następuje:
Nelly Rawlison i Stanisław Tarkowski,
odesłani z Chartumu do Faszody,
a z Faszody prowadzeni na wschód od Nilu,
wyrwali się z rąk derwiszów.
Po długich miesiącach podróży przybyli do jeziora
leżącego na południe od Abisynii.
Idą do oceanu.
Proszą o spieszną pomoc.
Na boku zaś arkusza znajdował się jeszcze następujący dodatek wypisany drobniejszymi literami:
Źródło tekstu: Wolne Lektury.