lektury on-line

Kategorie

W pustyni i w puszczy - Henryk Sienkiewicz - Strona 210

— M’Tana ma wielu synów, więc co będzie, jeśli zechce sam być królem i zostawić królestwo swoim synom, a Wa-himów podmówi, żeby cię wypędzili?
— M’Tana dobry. On tego nie zrobić.
— Ale jeżeli zrobi?
— To Kali pójść znów nad wielką wodę, do pana wielkiego i bibi.
— Nas już tam nie będzie.
— To Kali siąść nad wodą i z żalu płakać.
Tak mówiąc założył ręce na głowę — po chwili zaś wyszeptał:
— Kali bardzo kochać pana wielkiego i bibi — bardzo.
I dwie wielkie łzy zaświeciły mu w oczach.
Staś zawahał się, jak ma postąpić. Było mu Kalego żal, jednakże nie zgodził się od razu na jego prośbę. Zrozumiał, że — nie mówiąc już o niebezpieczeństwach powrotu — jeśli M’Tana lub czarownicy zbuntują Murzynów, wtedy chłopcu zagrozi nie tylko wypędzenie z kraju, ale i śmierć.
— Lepiej będzie dla ciebie zostać — rzekł — bez porównania lepiej!
Lecz w czasie gdy to mówił, weszła Nel, która przez cienką matę przedzielającą komory słyszała doskonale całą rozmowę, i ujrzawszy teraz łzy w oczach Kalego poczęła je paluszkami ścierać z jego rzęs, a następnie zwróciła się do Stasia.
— Kali pójdzie z nami — rzekła z wielką stanowczością.
— Oho! — odpowiedział nieco urażony Staś — to nie zależy od ciebie.
— Kali pójdzie z nami — powtórzyła.
— Albo nie pójdzie.
Nagle tupnęła nóżką.
— Ja chcę!
I sama rozpłakała się serdecznie.
Staś spojrzał na nią z największym zdziwieniem, jakby nie rozumiejąc, co się stało tak zawsze dobrej i łagodnej dziewczynce, lecz widząc, że obie piąstki wsadziła w oczy, a w otwarte usta łowi jak ptaszek powietrze, począł wołać z wielkim pośpiechem:
— Kali pójdzie z nami! pójdzie! pójdzie! Czego płaczesz? Jaka nieznośna! Pójdzie! A to mnie pozbadła! pójdzie — słyszysz?
I tak się stało. Staś wstydził się aż do wieczora swej słabości dla dobrego Mzimu, a dobre Mzimu postawiwszy na swoim było tak ciche, łagodne i posłuszne jak zawsze.
ROZDZIAŁ XLIII
Karawana ruszyła następnego dnia o świcie. Młody Murzyn był wesół, mała despotka łagodna i posłuszna w dalszym ciągu, a Staś pełen energii i nadziei. Szło z nimi stu Samburów i stu Wa-himów — czterdziestu z tych ostatnich zbrojnych w remingtony, z których jako tako umieli strzelać. Biały wódz, który ich w tym ćwiczył przez trzy tygodnie, wiedział wprawdzie, że w danym razie narobią daleko więcej hałasu niż szkody, ale myślał, że w spotkaniach z dzikimi hałas odgrywa nie mniejszą rolę od kuli, i rad był ze swej gwardii. Wzięto wielkie zapasy manioku, placków wypieczonych z wielkich i tłustych białych mrówek wysuszonych starannie i zmielonych na mąkę oraz moc wędzonego mięsa. Z karawaną ruszyło kilkanaście kobiet, które niosły rozmaite dobre rzeczy dla Nel i worki ze skór antylop na wodę. Staś z wysokości grzbietu Kinga pilnował porządku, wydawał rozkazy — może nie tyle dlatego, że były potrzebne, ile z tego powodu, że upajała go rola wodza — i z dumą spoglądał na swoją małą armię.
„Gdybym chciał — mówił sobie — to mógłbym tu zostać królem nad wszystkimi ludami Doko — tak jak Beniowski na Madagaskarze!”
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia