Dzieci patrzyły z podziwem na ten dziewiczy las, na który może jeszcze nigdy nie spojrzały oczy białego człowieka. Saba dawał co chwila nurka w gąszcze, skąd dochodziło jego wesołe szczekanie. Małą Nel pokrzepiła chinina, śniadanie i wypoczynek. Twarzyczka jej ożywiła się i nabrała lekkich kolorów, oczki patrzyły weselej. Co chwila wypytywała Stasia o nazwy rozmaitych drzew i ptaków, a on odpowiadał, jak umiał. Na koniec oświadczyła, że chce zejść z konia i nazbierać dużo kwiatów.
Lecz chłopak uśmiechnął się i odrzekł:
— Zaraz by cię tam zjadły siafu.
— Co to siafu? czy to co gorszego od lwa?
— I gorszego, i nie gorszego. To są mrówki kąsające ogromnie. Pełno ich na gałęziach, z których spadają ludziom na plecy jak deszcz ognisty. Ale chodzą i po ziemi. Spróbuj tylko zsiąść z konia i pójść trochę w las, a zaraz zaczniesz podskakiwać i piszczeć jak małpka. Nawet od lwa łatwiej się obronić. Czasem idą w ogromnych szeregach i wtedy wszystko im ustępuje z drogi.
— Ale ty dałbyś sobie z nimi radę?
— Ja? Rozumie się!
— A jak?
— Za pomocą ognia albo ukropu.
— Ty to sobie zawsze potrafisz poradzić — rzekła z głębokim przekonaniem.
Stasiowi pochlebiły wielce te słowa, więc odpowiedział zarozumiale, ale zarazem i wesoło:
— Byleś była tylko zdrowa, to resztę możesz zdać na mnie.
— Mnie już nawet i głowa nie boli.
— Chwała Bogu, chwała Bogu!
Tak rozmawiając minęli las, który jednym tylko bokiem dochodził do parowu. Słońce stało jeszcze wysoko na niebie i dopiekało potężnie, gdyż pogoda uczyniła się wspaniała i na niebie nie było żadnej chmurki. Konie oblały się potem, a Nel poczęła bardzo narzekać na gorąco. Z tego powodu Staś upatrzywszy odpowiednie miejsce skręcił do wąwozu, w którym zachodnia ściana rzucała głęboki cień. Było tam chłodniej i woda, pozostała we wgłębieniach po wczorajszej ulewie, była również stosunkowo chłodna. Nad głowami małych podróżników przelatywały ciągle z jednego brzegu parowu na drugi tukany o purpurowych głowach, niebieskich piersiach i żółtych skrzydłach, więc chłopiec jął opowiadać Nel to, co o ich obyczajach wiedział z książek.
— Wiesz — mówił — są takie tukany, które w porze lęgu wyszukują dziuplę w drzewie; tam samica znosi jaja i siada na nich, a samiec oblepia otwór gliną, tak że tylko jej głowę widać, i dopiero gdy pisklęta się wylęgną, tłucze swoim wielkim dziobem glinę i wypuszcza samicę na wolność.
— A co ona przez ten czas je?
— Samiec ją karmi. Lata ciągle naokoło i przynosi jej rozmaite jagody.
— A czy jej pozwala spać? — pytała dalej sennym głosem.
Staś uśmiechnął się.
— Jeśli pani tukanowa ma taką ochotę jak ty w tej chwili, to jej pozwala.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.