lektury on-line

Kategorie

W pustyni i w puszczy - Henryk Sienkiewicz - Strona 196

I opanowało go takie przerażenie, taka jakaś spóźniona rozpacz, że każda żyłka drgała w nim, jak gdyby dostał febry. Po niesłychanym napięciu woli i wszystkich sił duszy i ciała przyszła nań chwila słabości i folgi. W oczach stanął mu obraz strasznego zwierza spoczywającego z zakrwawioną mordą w jakiejś ciemnej jaskini i szarpiącego ciało Nel. A przecież tak być mogło i tak by się stało, gdyby nie był powrócił! Jedna minuta, jedna sekunda więcej — i byłoby za późno. Tej myśli nie mógł po prostu przenieść.
Skończyło się wreszcie na tym, że Nel, ochłonąwszy z przerażenia, musiała go pocieszać. Małe, poczciwe stworzenie zarzuciło mu obie rączki na szyję i płacząc także, poczęło na niego wołać tak głośno, jakby go chciało ze snu rozbudzić:
— Stasiu! Stasiu! mnie nic! Patrz, że mi nic. Stasiu! Stasiu!
Lecz on przyszedł do siebie i uspokoił się po długim dopiero czasie. Zaraz potem nadszedł Kali, który usłyszawszy strzał niedaleko od obozu i wiedząc, że bwana kubwa nie strzela nigdy na próżno, przyprowadził z sobą konia dla zabrania zwierzyny. Młody Murzyn spojrzawszy na zabite zwierzę cofnął się nagle i twarz stała mu się od razu popielata:
— Wobo! — zakrzyknął.
Dzieci zbliżyły się dopiero teraz do sztywniejącego już trupa. Staś bowiem nie miał dotychczas dokładnego pojęcia, jaki właściwie drapieżnik padł od jego strzału. Chłopcu wydawało się na pierwszy rzut oka, że jest to wyjątkowo wielki serwal, jednakże po bliższym przypatrzeniu się poznał, że tak nie jest, albowiem zabity zwierz przechodził rozmiarami nawet lamparta. Płowa jego skóra była usiana cętkami barwy kasztanowatej, ale głowę miał od lamparta węższą, co czyniło go podobnym nieco do wilka, nogi wyższe, łapy szersze i olbrzymie oczy. Jedno z nich kula wysadziła zupełnie na wierzch, drugie patrzyło jeszcze na dzieci, bezdenne, nieruchome i straszne. Staś doszedł do przekonania, że to jest jakiś gatunek pantery, o którym zoologia tak samo nic nie wiedziała jak geografia o jeziorze Bassa-Narok.
Kali patrzył wciąż z niezmiernym przestrachem na rozciągnięte zwierzę powtarzając cichym głosem, jakby się bał je przebudzić:
— Wobo!… Pan wielki zabić wobo.
Lecz Staś zwrócił się do dziewczynki, położył jej dłoń na główce, jakby chcąc się ostatecznie upewnić, że wobo jej nie porwał, po czym rzekł:
— Widzisz, Nel, widzisz, że choćbyś była całkiem duża, to po dżungli nie możesz sama chodzić.
— Prawda, Stasiu — odpowiedziała ze skruszoną minką Nel. — Ale z tobą albo z Kingiem mogę?
— Mów, jak to było? Czyś usłyszała, jak się zbliżał?
— Nie… Tylko z kwiatów wyleciała wielka złota mucha, więc odwróciłam się za nią i zobaczyłam go, jak wyłaził z wąwozu.
— I co?
— I stanął, i zaczął na mnie patrzeć.
— Długo patrzył?
— Długo, Stasiu. Dopiero jak upuściłam kwiaty i zasłoniłam się od niego rękoma, zaczął się ku mnie czołgać…
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia