lektury on-line

Kategorie

W pustyni i w puszczy - Henryk Sienkiewicz - Strona 132

— Jeśli przedtem nie brał lekcji języka angielskiego, a jednak go rozumie, to istotnie cudowne.
Nel pomiarkowała, że Staś stroi sobie z niej żarty, więc fuknęła na niego jak kotka, po czym rzekła:
— Mów sobie, co chcesz, a ja jestem pewna, że on jest bardzo rozumny i że się zaraz oswoi.
— Czy zaraz, nie wiem, ale oswoić się może. Słonie afrykańskie są wprawdzie dziksze od azjatyckich, jednakże myślę, że na przykład Hannibal posługiwał się afrykańskimi.
— A kto to był Hannibal?
Staś spojrzał na nią z wyrozumiałością, ale i z politowaniem.
— Oczywiście — rzekł — w twoim wieku nawet takich rzeczy się nie wie. Hannibal był to wielki wódz kartagiński, który używał słoni do wojny z Rzymianami, a ponieważ Kartagina leżała w Afryce, więc musiał używać afrykańskich…
Dalszą rozmowę przerwał im rozgłośny ryk słonia, który najadłszy się i napiwszy począł sobie trąbić, nie wiadomo czy z radości, czy z tęsknoty za zupełną wolnością. Saba zerwał się i jął szczekać, a Staś rzekł:
— Masz tobie! Teraz zwołuje towarzyszów. Ładnie będziemy wyglądali, jeśli nadciągnie tu całe stado.
— On powie innym, żeśmy byli dla niego dobrzy! — odrzekła pośpiesznie Nel.
Lecz Staś, który nie zaniepokoił się naprawdę, albowiem liczył, że gdyby nawet stado nadbiegło, to spłoszy je blask ognia — uśmiechnął się przekornie i rzekł:
— Dobrze, dobrze! A jeśli się słonie pokażą, to ty nie będziesz ze strachu płakała, o nie! — tylko będą ci się oczy pociły, jak już było dwa razy.
I począł ją przedrzeźniać:
— Ja nie płaczę, tylko mi się oczy pocą…
Nel jednak widząc jego wesołą minę domyśliła się, że żadne niebezpieczeństwo im nie grozi.
— Jak go oswoimy — rzekła — to nie będą mi się oczy pociły, choćby dziesięć lwów ryczało.
— Dlaczego?
— Bo on nas obroni.
Staś uciszył Sabę, który nie przestawał słoniowi odpowiadać, po czym zastanowił się nieco i tak mówił:
— Nie pomyślałaś o jednej rzeczy, Nel. Przecież my tu na wieki nie zostaniemy, ale pojedziemy dalej. Nie mówię, że zaraz… Owszem: miejsce jest dobre i zdrowe, postanowiłem więc tu zostać… może tydzień, może dwa, bo i tobie, i nam wszystkim należy się wypoczynek. No, dobrze! Póki tu zostaniemy, będziemy słonia karmili, chociaż to dla wszystkich robota ogromna. Ale on jest przecież zamknięty i nie możemy wziąć go z sobą. Więc co później? Pójdziemy, a on tu zostanie i znów się będzie męczył z głodu, póki nie zdechnie. Wtedy tym bardziej będzie go nam żal…
Nel zasmuciła się bardzo i czas jakiś siedziała w milczeniu, nie wiedząc widocznie, co odpowiedzieć na te słuszne uwagi, lecz po chwili podniosła głowę i odrzuciwszy czuprynkę, która jej spadła na oczy, zwróciła pełny ufności wzrok na chłopca:
— Wiem — rzekła — że jak ty zechcesz, to go wyprowadzisz z wąwozu.
— Ja?
A ona wyciągnąwszy paluszek dotknęła nim ręki Stasia i powtórzyła:
— Ty.
Mała, chytra kobietka rozumiała, że jej zaufanie pochlebi chłopcu i że od tej chwili zacznie rozmyślać, jakby uwolnić słonia.
ROZDZIAŁ XXVI
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia