lektury on-line

Kategorie

Ogniem i mieczem - Henryk Sienkiewicz - Strona 88

— Proszczaj, bat'ku! — ryknął z rozpaczą wachmistrz.
Ale po chwili padł także. Ruchliwa masa napastników pokryła czajki zupełnie.
Rozdział XI
W chacie kantarzeja wojskowego na przedmieściu Hassan-Basza w Siczy siedziało przy stole dwóch Zaporożców, pokrzepiając się palanką z prosa, którą czerpali ustawicznie z drewnianego szaflika stojącego na środku stołu. Jeden, stary, już prawie zgrzybiały, był to Fyłyp Zachar, sam kantarzej, drugi, Anton Tatarczuk, ataman czehryńskiego kurzenia, człowiek około lat czterdziestu, wysoki, silny, z dzikim wyrazem twarzy i skośnymi, tatarskimi oczyma. Obaj mówili z sobą z cicha, jakby w obawie, żeby ich kto nie podsłuchał.
— Więc to dziś? — spytał kantarzej.
— Ledwie nie zaraz — odpowiedział Tatarczuk. — Czekają tylko na koszowego i Tuhaj-beja, który z samym Chmielem pojechał na Bazawłuk, bo tam stoi orda. „Towarzystwo” zebrało się już na majdanie, a kurzeniowi jeszcze przed wieczorem zbiorą się na radę. Nim noc nastanie, będzie wszystko wiadomo.
— Hm! Może być źle! — mruknął stary Fyłyp Zachar.
— Słysz, kantarzeju, a ty widział, że było pismo i do mnie?
— Jużci, widziałem, bom sam listy odnosił do koszowego, a jam człowiek piśmienny. Znaleźli przy Lachu trzy pisma; jedno do samego koszowego, drugie do ciebie, trzecie do młodego Barabasza. Wszyscy już w Siczy wiedzą o tym.
— A kto pisał? Nie wiesz?
— Do koszowego pisał książę, bo na liście była pieczęć; kto do was, nie wiadomo.
— Sochroni Bih!
— Jeślić cię tam jawnie przyjacielem Lachów nie nazywają, to nic nie będzie.
— Sochroni Bih! — powtórzył Tatarczuk.
— Widać się poczuwasz.
— Tfu! Do niczego się nie poczuwam.
— Może też koszowy wszystkie listy skręci, bo mu i o własny łeb chodzi. Było tak dobrze do niego pismo jak do was.
— A może.
— Ale jeśli się poczuwasz, to…
Tu stary kantarzej zniżył głos jeszcze bardziej:
— Uchodź!
— Ale jak? I gdzie? — pytał niespokojnie Tatarczuk. — Koszowy na wszystkich ostrowach straż postawił, żeby się nikt do Lachów nie wymknął i nie dał znać, co się dzieje. Na Bazawłuku pilnują Tatarzy. Ryba się nie przeciśnie, ptak nie przeleci.
— To się skryj w samej Siczy, gdzie możesz.
— Znajdą. Chyba ty mnie schowasz między beczkami w bazarze? Ty mój krewniak!
— I brata rodzonego nie chowałbym. Boisz się śmierci, to się upij; pijany ani poczujesz.
— A może w listach nic nie ma?
— Może…
— Ot, bieda! Ot, bieda! — rzekł Tatarczuk. — Nie poczuwam się do niczego. Ja dobry mołojec, Lachom wróg. Ale choćby i nic w liście nie było, czort wie, co Lach powie przed radą? Może mnie zgubić.
— To serdyty Lach; on nic nie powie!
— Byłeś dziś u niego?
— Byłem. Pomazałem mu rany dziegciem; nalałem gorzałki z popiołem w gardło. Będzie zdrów. To serdyty Lach! Mówią, że Tatarów narznął na Chortycy, nim go wzięli, jak świń. Ty o Lacha bądź spokojny.
Ponury odgłos kotłów, w które bito na koszowym majdanie, przerwał dalszą rozmowę. Tatarczuk, usłyszawszy ten odgłos, drgnął i zerwał się na równe nogi. Nadzwyczajny niepokój malował się w jego twarzy i ruchach.
Kategorie: Pozytywizm
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia