Tymczasem goniec zbliżył się już na kroków trzydzieści.
— Stój! — huknął pan Zagłoba, wymierzając pistolet. — Ktoś jest?
Jeździec zdarł konia i podniósł się na siodle, ale zaledwie spojrzał, gdy krzyknął:
— Pan Zagłoba!
— Pleśniewski, sługa starościński z Czehryna? A ty tu co robisz? Gdzie lecisz?
— Mości panie! Zawracaj i ty ze mną! Nieszczęście! Gniew Boży, Sąd Boży!
— Co się stało? Gadaj.
— Czehryn już zajęty przez Zaporożców. Chłopy szlachtę rżną, Sąd Boży.
— W imię Ojca i Syna! Co gadasz… Chmielnicki?…
— Pan Potocki pobity, pan Czarniecki w niewoli. Tatary idą z Kozakami. Tuhaj-bej!
— A Barabasz i Krzeczowski?
— Barabasz zginął, Krzeczowski połączył się z Chmielnickim. Krzywonos jeszcze wczoraj w nocy ruszył na hetmanów, Chmielnicki dziś do dnia. Siła straszna. Kraj w ogniu, chłopstwo wszędy powstaje, krew się leje! Uciekaj waćpan!
Pan Zagłoba oczy wybałuszył, usta otworzył i zdumiał tak, że słowa nie mógł przemówić.
— Uciekaj waćpan! — powtórzył Pleśniewski.
— Jezus Maria! — jęknął pan Zagłoba.
— Jezus Maria! — powtórzyła Helena i wybuchnęła płaczem.
— Uciekajcie, bo czasu nie ma.
— Gdzie? Dokąd?
— Do Łubniów.
— A ty tam dążysz?
— Tak jest. Do księcia wojewody.
— A niechże to kaduk porwie! — zawołał pan Zagłoba. — A hetmani gdzie są?
— Pod Korsuniem. Ale Krzywonos już pewnie się bije z nimi.
— Krzywonos czy Prostonos, niechże go zaraza ukąsi! To tam nie ma po co jechać?
— Jako lwu w paszczę, na zgubę waćpan leziesz.
— A ciebie kto wysłał do Łubniów? Twój pan?
— Pan z życiem uszedł, a mnie kum mój, co go mam między Zaporożcami, życie ocalił i uciec pomógł. Do Łubniów sam z własnej myśli jadę, bo i nie wiem, gdzie się schronić.
— A omijaj Rozłogi, bo tam Bohun. On także do rebelii chce się zapisać.
— O dla Boga! Rety! W Czehrynie mówili, że jeno patrzyć, jak i na Zadnieprzu chłopstwo się podniesie!
— Być to może, być może! Ruszajże w swoją drogę, gdzie się podoba, bo ja mam dość o swojej skórze myśleć.
— Tak i uczynię! — rzekł Pleśniewski i uderzywszy konia nahajem, ruszył.
— A omijaj Rozłogi! — krzyknął mu na drogę Zagłoba. — Jeśli zaś spotkasz Bohuna, nie gadaj, żeś mię widział, słyszysz?
— Słyszę — odparł Pleśniewski. — Z Bogiem!
I popędził, jakby już goniony.
— No! — rzekł Zagłoba. — Masz diable kubrak! Wykręcałem się sianem z różnych okazji, ale w takich jeszcze nie byłem. Z przodu Chmielnicki, z tyłu Bohun, co gdy tak jest, nie dałbym jednej złamanej orty ani za swój przód, ani za tył, ani za całą skórę. Głupstwom pono zrobił, żem do Łubniów z waćpanną nie uciekał, ale o tym nie czas mówić. Tfu! Tfu! Tfu! Cały mój dowcip niewart teraz tego, żeby nim buty wysmarować. Co uczynić? Gdzie się udać? W całej tej Rzeczypospolitej nie ma widać już kąta, w którym by człowiek swoją, niedarowaną śmiercią mógł zejść ze świata. Dziękuję za takie podarunki: niech je inni biorą!
— Mości panie! — rzekła Helena. — To wiem, że moi dwaj bracia, Jur i Fedor, są w Zołotonoszy: może od nich będzie jakowy ratunek?
Źródło tekstu: Wolne Lektury.