lektury on-line

Kategorie

Ogniem i mieczem - Henryk Sienkiewicz - Strona 466

Ale cierpliwość pana Zagłoby na długą jeszcze miała być wystawiona próbę, bo szaro już było na niebie, gdy na gościńcu dał się ponownie słyszeć tętent, a następnie światła zabłysły w mroku leśnym.
— Panie Michale! Tu jestem! — zawołał szlachcic.
— To waść wyłaź.
— Ba! Kiedy nie mogę.
Pan Michał z łuczywem w garści stanął nad jamą i podając rękę Zagłobie, rzekł:
— No! Tatarów nie ma. Przejechaliśmy się na nich aż za tamten las.
— A któż to nadszedł?
— Kuszel i Roztworowski w dwa tysiące koni. Moi dragoni także są z nimi.
— A pogańców siła było?
— At! Komunik parotysięczny.
— To chwała Bogu! Dajże mi się czego napić, bom zemdlał.
W dwie godziny później pan Zagłoba, napojony i nakarmiony należycie, siedział na wygodnej kulbace wśród dragonów Wołodyjowskiego, a obok niego jechał mały rycerz i tak mówił:
— Jużże się waćpan nie martw, bo choć do Zbaraża razem z kniaziówną nie przyjedziemy, ale gorzej by było, gdyby wpadła w pogańskie ręce…
— A może Rzędzian nawróci jeszcze do Zbaraża? — pytał Zagłoba.
— Tego on nie uczyni, gościniec będzie zajęty; ów czambuł, któryśmy odparli, rychło wróci i w trop za nami iść będzie. Zresztą i Burłaj lada chwila nadciągnie i pierwej stanie pod Zbarażem, niżby Rzędzian mógł zdążyć. Z drugiej strony od Konstantynowa idą: Chmielnicki i chan.
— O dla Boga! Toż oni właśnie z kniaziówną jakoby w matnię wpadną.
— Głowa też Rzędziana w tym, aby się między Zbarażem a Konstantynowem póki czas przemknął i nie pozwolił się pułkom Chmielnickiego albo chanowym czambułom ogarnąć. I widzisz waść, mocno ja ufam, że on to potrafi.
— Dajże tak, Boże!
— Chytry to jest pachołek jak lis. Waćpanu fortelów nie brak, ale on jeszcze chytrzejszy. Siłaśmy głowy nałamali, jak dziewczynę ratować, i w końcu ręce nam opadły, a przez niego wszystko się naprawiło. Będzie się on teraz wyślizgiwał jak wąż, gdyż i o własną skórę mu chodzi. Ufaj waść, bo i Bóg jest nad nią, który ją tyle razy ratował, i przypomnij sobie, że sam mi w Zbarażu ufać kazałeś wtenczas, kiedy to Zachar przyjeżdżał.
Zagłoba pokrzepił się nieco tymi słowami pana Michała, a następnie zamyślił się głęboko.
— Panie Michale — rzekł po chwili — a nie pytałeś Kuszla, co się ze Skrzetuskim dzieje?
— Jest już w Zbarażu i — chwalić Boga — zdrowy. Przyszedł z Zaćwilichowskim od księcia Koreckiego.
— A co my jemu powiemy?
— W tym sęk.
— Wszakże on ciągle myśli, że dziewczyna w Kijowie zamordowana?
— Tak jest.
— A nie mówiłeś teraz Kuszlowi albo komu, skąd jedziemy?
— Nie mówiłem, bom sobie myślał: lepiej się pierwej naradzimy.
— Wolałbym chyba o całej imprezie zamilczeć — rzekł Zagłoba. — Miałaby dziewczyna teraz (Boże uchowaj!) wpaść znowu w ręce kozackie albo tatarskie, to dla Skrzetuskiego byłaby nowa boleść; taka właśnie, jakoby mu kto przyschłe rany rozdrapał.
— Głowę daję, że ją Rzędzian wyprowadzi.
— Dałbym i ja za to chętnie swoją, ale nieszczęście teraz na świecie jak dżuma grasuje. Lepiej już milczmy i na wolę bożą wszystko zdajmy.
Kategorie: Pozytywizm
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia