lektury on-line

Kategorie

Ogniem i mieczem - Henryk Sienkiewicz - Strona 156

— Wy szczerzy ludzie, i ja wam dziękuję. Ale przed wojną chciałbym jeszcze raz z waszych ust usłyszeć, że wy mnie donię dajecie i że słowo wasze zdzierżycie. Słowo szlacheckie nie dym, a wy przecie szlachta, wy kniazie.
Watażka mówił głosem powolnym i uroczystym, ale w mowie jego drgała zarazem jakby groźba zapowiadająca, że trzeba się zgodzić na wszystko, czego żądał.
Stara kniahini spojrzała na synów, ci na nią, i przez chwilę trwało milczenie. Nagle raróg siedzący na berle pod ścianą zakwilił, choć do świtu było jeszcze daleko; za nim ozwały się inne; wielki berkut zbudził się, strząsnął skrzydła i krakać począł.
Łuczywo palące się w grubach przygasło. W izbie zrobiło się ciemnawo i ponuro.
— Mikołaj, popraw ogień — rzekła kniahini.
Młody kniaź dorzucił łuczywa.
— Cóż? Przyrzekacie? — pytał Bohun.
— Musimy Heleny spytać.
— Niech ona mówi za siebie, wy za siebie. Przyrzekacie?
— Przyrzekamy — rzekła kniahini.
— Przyrzekamy — powtórzyli kniaziowie.
Bohun wstał nagle i zwróciwszy się do Zagłoby, rzekł donośnym głosem:
— Mości Zagłobo! Pokłoń się i ty o dziewkę; może i tobie przyrzekną.
— Co ty, Kozacze, upił się?! — zawołała kniahini.
Bohun zamiast odpowiedzi wydobył list Skrzetuskiego i zwróciwszy się do Zagłoby, rzekł:
— Czytaj.
Zagłoba wziął list i począł go czytać wśród głuchego milczenia.
Gdy skończył, Bohun skrzyżował ręce na piersiach.
— Komu tedy dziewkę dajecie? — spytał.
— Bohun!
Głos watażki stał się podobny do syku węża.
— Zdrajcy, oczajdusze, psiawiary, judasze!…
— Hej, synkowie, do szabel! — krzyknęła kniahini.
Kurcewicze skoczyli piorunem ku ścianom i porwali za broń.
— Mości panowie, spokojnie! — zawołał Zagłoba.
Ale nim domówił, Bohun wyrwał pistolet zza pasa i wystrzelił.
— Jezus! Jezus!… — jęknął kniaź Symeon, postąpił krok naprzód, rękoma jął bić powietrze i upadł ciężko na ziemię.
— Służba, na pomoc! — wołała rozpaczliwie kniahini.
Ale w tejże chwili na dziedzińcu i od strony sadu huknęły inne wystrzały, drzwi i okna wyleciały z łoskotem i kilkudziesięciu semenów wpadło do sieni.
— Na pohybel! — zabrzmiały dzikie głosy.
Na majdanie ozwał się dzwon na trwogę. Ptactwo w sieni poczęło wrzeszczeć; hałas, strzelanina i krzyki zastąpiły niedawną ciszę uśpionego dworu.
Stara kniahini rzuciła się, wyjąc jak wilczyca, na ciało Symeona drgające w ostatnich konwulsjach, ale wnet dwóch semenów porwało ją za włosy i odciągnęło na stronę, a tymczasem młody Mikołaj, przyparty w kąt sieni, bronił się z wściekłością i lwią odwagą.
— Procz! — krzyknął nagle Bohun na otaczających go Kozaków. — Procz! — powtórzył grzmiącym głosem.
Kozacy cofnęli się. Sądzili, że watażka chce ocalić życie młodzieńcowi. Ale Bohun z szablą w ręku sam rzucił się na kniazia.
Rozpoczęła się straszna pojedyncza walka, na którą kniahini, trzymana za włosy przez cztery żelazne dłonie, patrzyła pałającymi oczyma i z otwartymi usty. Młody kniaź zwalił się jak burza na Kozaka, który, cofając się z wolna, wywiódł go na środek sieni. Nagle przysiadł, odbił potężny cios i z obrony przeszedł do ataku.
Kategorie: Pozytywizm
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia