Zaledwie ujechali kilkadziesiąt kroków, konie poczęły tulić uszy i chrapać. Na Rzędzianie skóra zmieniła się w jaszczur, bo spodziewał się, że lada chwila zza załamu skały rozlegnie się wycie upiora lub wytoczy się jaki kształt szkaradny a nieznany — ale pokazało się, że konie chrapały tylko dlatego, że przechodziły tuż koło legowiska owego wilka, który tak poprzednio zaniepokoił pachołka. Naokół była cisza; nawet szarańcze przestały ksykać, bo już i słońce schyliło się na drugą stronę nieba. Rzędzian przeżegnał się i uspokoił.
Nagle Wołodyjowski wstrzymał konia.
— Widzę jar — rzekł — do którego gardziel skałą zatkana, a w skale wyrwa.
— W imię Ojca i Syna, i Ducha — szepnął Rzędzian — to tu!
— Za mną! — skomenderował pan Michał, skręcając konia.
Po chwili stanęli u wyrwy i przejechali jakby pod sklepieniem kamiennym. Otworzył się przed nimi jar głęboki, gęsto zarośnięty po bokach, rozsuwający się w dali w obszerną, półkolistą równinkę, obwiedzioną jakby olbrzymimi murami.
Rzędzian począł wołać, ile mu sił w piersiach starczyło:
— Bo-hun! Bo-hun! Bywaj, wiedźmo! Bywaj! Bo-hun! Bo-hun!
Zatrzymali konie i stali przez czas jakiś w milczeniu, po czym pachołek znów jął wołać:
— Bohun! Bohun!
Z dala doszło szczekanie psów.
— Bohun! Bohun!…
Na lewym zrębie jaru, na który padały czerwone i złote promienie słońca, poczęły szeleścić gęste krzewy głogu i dzikiej śliwiny i po chwili ukazała się niemal na samym szczycie stoku jakaś postać ludzka, która przechyliwszy się i przykrywszy oczy ręką, wpatrywała się pilnie w przybyłych.
— To Horpyna! — rzekł Rzędzian i zwinąwszy dłonie koło ust, począł po raz trzeci wołać:
— Bohun! Bohun!
Horpyna poczęła schodzić i idąc, wyginała się w tył dla równowagi. Szła szybko, a za nią toczył się jakiś mały, krępy człowieczek z długą turecką rusznicą w ręku; krze łamały się pod potężnymi stopami wiedźmy, kamienie spadały spod nich, hucząc, na dno jaru, i tak przechylona, w czerwonych blaskach, wydawała się istotnie jakąś olbrzymią, nadprzyrodzoną istotą.
— Kto wy? — rzekła wielkim głosem, stanąwszy na dnie.
— Jak się masz, basetlo? — rzekł Rzędzian, któremu na widok ludzi, nie duchów, wróciła cała zwykła flegma.
— Ty sługa Bohunów? Ty! Poznaję cię! Ty, mały, a ci, co za jedni?
— Druhy Bohunowi.
— Kraśna wiedźma — mruknął pod wąsikami pan Michał.
— A po co wy tu przyjechali?
— Masz tu piernacz, nóż i pierścień, wiesz, co to znaczy?
Olbrzymka wzięła znaki do ręki i poczęła je pilnie rozpatrywać, po czym rzekła:
— Te same są! Wy po kniaziównę?
— Tak jest. A zdrowa ona?
— Zdrowa. Czemu to Bohun sam nie przyjechał?
— Bohun ranny.
— Ranny?… Ja to we młynie widziała.
— Jeżeliś widziała, to czego pytasz? Łżesz, waltornio! — rzekł poufale Rzędzian.
Wiedźma pokazała w uśmiechu białe jak u wilka zęby i złożywszy dłoń w kułak, szturchnęła pod bok Rzędziana.
— Ty mały, ty!
— Pójdziesz precz!
— Nie daruj! Pocałuj! Hu! A kiedy weźmiecie kniaziównę?
— Zaraz, jeno koniom odpoczniemy.
— To bierzcie! Pojadę i ja z wami.
— A ty po co?
Źródło tekstu: Wolne Lektury.