Skrzetuski począł patrzyć na pachołka i mrugać oczyma jak człowiek, który budzi się ze snu — nagle, rzekłbyś, zerwało się coś w nim, bo pobladł strasznie, siadł na łożu i krzyknął grzmiącym głosem:
— Kto z tobą był?
— Jegomość! Hej, jegomość! — wołał pachołek przerażony zmianą, jaka zaszła w twarzy rycerza.
— Kto z tobą był? — krzyczał Skrzetuski i chwyciwszy za ramiona Rzędziana, trząść nim począł i sam trząsł się jak w febrze, i gniótł pachołka w żelaznych rękach.
— To już powiem! — wołał Rzędzian. — Niech ksiądz robi, co chce: panna z nami była, a teraz jest przy pani Witowskiej.
Skrzetuski zesztywniał, zamknął oczy i głowa jego opadła ciężko na poduszki.
— Rety! — wołał Rzędzian. — Pewno jegomość ostatnią parę puścił! Rety, com ja uczynił!… Lepiej mi było milczeć. O dla Boga! Jegomość najdroższy, niech no jegomość przemówi… Dla Boga! Słusznie ksiądz zakazywał… Jegomość! Hej, jegomość!
— Nic to! — ozwał się wreszcie Skrzetuski. — Gdzie ona jest?
— Chwała Bogu, że jegomość odżył… Lepiej już nic nie powiem. Jest z panią kasztelanową sandomierską… rychło ich tu patrzyć… Chwała Bogu!… Niech no już jegomość nie umiera… Rychło ich tu patrzyć… My do Zamościa uciekli… i tam ksiądz oddał pannę pani Witowskiej… dla przystojności… że to w wojsku swawolnicy bywają… Bohun ją uszanował, ale o przygodę nietrudno… Siła ja miałem kłopotów, tylko żem to żołnierzom mówił: „Księcia Jeremiego krewna!…”, więc szanowali… Wydałem też na drogę niemało…
Skrzetuski znowu leżał nieruchomie, ale oczy miał otwarte, do pułapu wzniesione i twarz bardzo poważną — widać modlił się. Gdy skończył, zerwał się, siadł na łożu i rzekł:
— Szaty mi daj i każ konie kulbaczyć!
— A gdzie to jegomość chce jechać?
— Szaty prędzej daj!
— Jakby jegomość wiedział, że wszelakiego ochędóstwa jest dosyć, bo i król przed odjazdem nadawał, i różni panowie nadawali. I trzy koniki bardzo foremne w stajni. Żebym to choć jednego takiego miał!… Ale lepiej jeszcze jegomości poleżeć i wypocząć, bo siły w jegomości żadnej nie ma.
— Nic mi nie jest. Na konia mogę siadać. Na Boga żywego, pośpiesz się!
— Wiem ja to, że jegomościne ciało z żelaza; niechże i tak będzie. Tylko mnie jegomość przed księdzem Cieciszowskim obroni… Oto szaty tu leżą… lepszych i u bławatników ormiańskich nie dostanie… Niech się jegomość ubiera, a ja powiem, iżby polewki winnej przynieśli, bom też już sobie kazał księżemu słudze uwarzyć.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.