„Oddawca tego listu, esauł mirhorodzkiego kurzenia, miał mnie w poczciwej opiece, gdy w Siczy w niewoli byłem, i teraz w Kijowie mi pomagał, i list zanieść się podjął z narażeniem zdrowia; miej go, Michale, w staraniu, aby mu niczego nie brakło”.
— Oto uczciwy Kozak, przynajmniej jeden taki! — rzekł Zagłoba, podając Zacharowi rękę.
Stary uścisnął ją bez uniżoności.
— Możesz być pewien nagrody! — wtrącił mały rycerz.
— On sokół — odparł Kozak — ja joho lublu, ja ne dla hroszi tutki priszow.
— I fantazji ci, widzę, nie braknie, której by się szlachcic niejeden nie powstydził — mówił Zagłoba. — Nie same bestie między wami, nie same bestie! Ale mniejsza z tym! To tedy pan Skrzetuski jest w Kijowie?
— Tak, jest.
— A bezpieczen, bo to, słyszę, czerń tam hula?
— On u Dońca pułkownika mieszka. Jemu nic nie uczynią, bo nasz bat'ko Chmielnicki kazał jego Dońcowi pod gardłem pilnować jak oka w głowie.
— Cuda prawdziwe się dzieją… Skądże Chmielnickiemu takie serce dla Skrzetuskiego?
— On jego z dawna miłuje.
— A mówił tobie pan Skrzetuski, czego szuka w Kijowie?
— Jak nie miał mówić, kiedy on wie, że ja jemu druh… Ja szukał z nim razem i osobno, tak musiał wiedzieć, czego mnie szukać.
— Aleście dotąd nie znaleźli?
— Nie znaleźliśmy. Co tam Lachiw jeszcze jest, to się kryją, jeden o drugim nie wie, tak i znaleźć niełatwo. Wy słyszeli, że tam czerń morduje, a ja to widział; nie tylko Lachiw mordują, ale i tych, którzy ich ukrywają, nawet mnichów i czernice. W monastyrze Dobrego Mikoły u czernic było dwanaście Laszek, to je razem z czernicami dymem w celi zadusili, a co parę dni to się skrzykną po ulicach i łowią, i do Dniepru prowadzą… Hej! Co tam już wytopili…
— To może i ją zamordowali?
— Może i ją.
— Ale nie! — przerwał Wołodyjowski. — Już jeśli ją tam Bohun sprowadził, to ją musiał zabezpieczyć.
— Gdzie bezpieczniej jak w monastyrze, a dlatego i tam znajdą.
— Uf! — rzekł Zagłoba. — Tak wy myślicie, Zachar, że ona mogła zginąć?
— Ne znaju.
— Widać, że Skrzetuski jest dobrej myśli — rzekł Zagłoba. — Bóg go doświadczył, ale go pocieszy. A wyście, Zachar, dawno wyjechali z Kijowa?
— Oj, dawno, pane. Ja wtedy wyszedł, kiedy komisary koło Kijowa z powrotem przejeżdżali. Bahaćko Lachiw chciało z nimi uciekać i tak uciekali neszczastnyje, jak kto mógł, po śniegach, po wertepach, przez lasy, lecieli do Białogródki, a Kozacy gnali za nimi i bili. Bahato utikło, bahato zabyły, a niektórych pan Kisiel wykupił za wszystkie hroszy, jakie miał.
— O, dusze pieskie! To wyście z komisarzami jechali.
— Z komisarzami aż do Huszczy, a stamtąd do Ostroga. Dalej już ja sam szedł.
— To wy dawni znajomi pana Skrzetuskiego?
— W Siczy ja go poznał i rannego pilnował, a potem i polubił jak detynu ridnuju. Ja stary i mnie nie ma kogo lubić.
Zagłoba krzyknął na pachołka, kazał podać miodu i mięsiwa i zasiedli do wieczerzy. Zachar jadł smaczno, bo był zdrożony i głodny; następnie zanurzył chciwie siwe wąsy w ciemnym płynie, wypił, posmakował i rzekł:
— Sławny miód.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.