Właściwie była to komnata kniazia Wasyla, Helena jednak była przy kniaziu, w pobliżu którego czuła się bezpieczniejszą. Ślepy Wasyl klęczał przed obrazem Świętej Przeczystej, przed którym paliła się lampka, Helena obok niego; oboje modlili się głośno. Ujrzawszy Zagłobę, zwróciła nań przerażone oczy. Zagłoba położył palec na ustach.
— Mościa panno — rzekł — jam przyjaciel pana Skrzetuskiego.
— Ratuj! — odpowiedziała Helena.
— Po tom też tu przyszedł; zdaj się na mnie.
— Co mam czynić?
— Trzeba uciekać, póki ten czort bez zmysłów leży.
— Co mam czynić?
— Wdziej na się ubiór męski i jak zapukam we drzwi, wyjdź.
Helena zawahała się. Nieufność błysnęła w jej oczach.
— Mamże waćpanu wierzyć?
— A co masz lepszego?
— Prawda, prawda jest. Ale mi przysiąż, że nie zdradzisz.
— Rozum się waćpannie pomieszał. Ale kiedy chcesz, przysięgnę. Tak mi dopomóż Bóg i święty krzyż. Tu twoja zguba, ocalenie w ucieczce.
— Tak jest, tak jest.
— Wdziej męski ubiór co prędzej i czekaj.
— A Wasyl?
— Jaki Wasyl?
— Brat mój obłąkany — rzekła Helena.
— Tobie grozi zguba, nie jemu — odparł Zagłoba. — Jeśli on obłąkany, to on dla Kozaków święty. Jakoż widziałem, że go mają za proroka.
— Tak jest. Bohunowi nic on nie zawinił.
— Musimy go zostawić, inaczej zginiemy; i pan Skrzetuski z nami. Śpiesz się waćpanna.
Z tymi słowy pan Zagłoba opuścił izbę i udał się wprost do Bohuna.
Watażka blady był i osłabiony, ale oczy miał otwarte.
— Lepiej ci? — spytał Zagłoba.
Bohun chciał przemówić i nie mógł.
— Nie możesz mówić?
Bohun poruszył głową na znak, że nie może, ale w tej samej chwili cierpienie wyryło się na jego twarzy. Rany od ruchu zabolały go widocznie.
— To i krzyczeć byś nie mógł?
Bohun oczyma tylko dał znać, że nie.
— Ani się ruszyć?
Ten sam znak.
— To i lepiej, bo nie będziesz ani mówił, ani krzyczał, ani się ruszał, a ja tymczasem z kniaziówną do Łubniów pojadę. Jeśli ci jej nie zdmuchnę, to się pozwolę starej babie w żarnach na osypkę zemleć. Jak to, łajdaku? Myślisz, że nie mam dosyć twojej kompanii, że się będę dłużej z chamem pospolitował? O niecnoto, myślałeś, że dla twego wina, dla twoich kości i twoich chłopskich amorów zabójstwa będę czynił i do rebelii z tobą pójdę? Nie, nic z tego, gładyszu!
W miarę jak pan Zagłoba perorował, czarne oczy watażki roztwierały się szerzej i szerzej. Czy śnił? Czy była to jawa? Czy żart pana Zagłoby?
A pan Zagłoba mówił dalej:
— Czegóż ślepie wytrzeszczasz jak kot na sperkę? Czy myślisz, że tego nie uczynię? Może się każesz pokłonić komu w Łubniach? Może cyrulika ci stamtąd przysłać? A może mistrza u księcia pana zamówić?
Blada twarz watażki stała się straszną. Zrozumiał, że Zagłoba prawdę mówi, z oczu strzeliły mu gromy rozpaczy i wściekłości, na twarz uderzył płomień. Jedno nadludzkie wysilenie — podniósł się i z ust wyrwał mu się krzyk:
— Hej, semen…
Nie skończył, gdyż pan Zagłoba z szybkością błyskawicy zarzucił mu na głowę jego własny żupan i w jednej chwili okręcił ją całkowicie — po czym obalił go na wznak.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.