— Jeszcze my żyjemy! — rzekł Wołodyjowski.
— I Bóg jest w niebie! — dodał Skrzetuski.
Nastała znów chwila milczenia, po czym Wierszułł mówił dalej:
— Zginiemy totaliter, chyba że Bóg cud uczyni, za grzechy nas chłostać przestanie i niezasłużone miłosierdzie okaże. Chwilami ja sam nie wierzę temu, com na własne oczy oglądał, i zdaje mi się, że mnie zmora we śnie dusiła…
— Powiadaj waćpan dalej — rzekł Zagłoba. — Przyszliście tedy pod Piławce i co?
— I staliśmy. O czym tam regimentarze radzili, nie wiem; na sądzie ostatecznym za to odpowiedzą, bo gdyby od razu na Chmielnickiego uderzyli, byłby zniesiony i rozbity, jak Bóg w niebie, mimo nieładu, niesforności i tumultów, i braku wodza. Już tam popłoch był między czernią, już radzono, jak by Chmielnickiego i starszyznę wydać, a on sam ucieczkę zamierzał. Książę nasz od namiotu do namiotu jeździł, prosił, błagał, groził: „Uderzmy, nim Tatary nadejdą, uderzmy!” i włosy z głowy wyrywał, a tam się jeden na drugiego oglądał i nic, i nic! Pili, sejmikowali… Przyszły słuchy, że Tatary idą, chan w dwieście tysięcy koni, oni radzili i radzili. Książę zamknął się w namiocie, bo go całkiem spostponowali. W wojsku poczęto mówić, że kanclerz zakazał księciu Dominikowi bitwy staczać, że się układy toczą, wszczął się jeszcze większy nieład. Na koniec Tatarzy przyszli, ale Bóg nam poszczęścił pierwszego dnia, potykał się książę i pan Osiński, i pan Łaszcz stawał bardzo dobrze: spędzili ordę z pola, wysiekli znacznie, a potem…
Tu głos Wierszułłowi zamarł w piersi.
— A potem? — pytał pan Zagłoba.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.