Step szumiał słodko, z kwiatów wychodziły zapachy silne i upajające, czerwone głowy bodiaków, purpurowe kistki roztocza, białe perły mikołajków i pióra bylicy pochylały się ku niej, jakby w tym kozaczku przebranym, o długich warkoczach, mlecznej twarzy i kraśnych ustach rozpoznawały siostrę-dziewczynę. Chyliły się tedy ku niej, jakby chciały mówić: „Nie płacz, krasnodiwo, my także na opiece Bożej!”. Jakoż uspokojenie przychodziło do niej od stepu coraz większe. Zacierały się obrazy mordu i pogoni w umyśle, a natomiast ogarniała ją jakaś niemoc, ale słodka, sen począł kleić i jej powieki, konie szły wolno — ruch ją kołysał. Usnęła.
Rozdział XX
Obudziło ją szczekanie psów. Otworzywszy oczy, ujrzała w dali przed sobą dąb wielki, cienisty, zagrodę i żuraw studzienny. Wnet zbudziła towarzysza.
— Mości panie, zbudź się waszmość!
Zagłoba otworzył oczy.
— A to co? A my gdzie przyjechali?
— Nie wiem.
— Czekajże wasanna. To jest zimownik kozacki.
— Tak i mnie się widzi.
— Pewnie tu czabanowie mieszkają. Niezbyt miła kompania. Czego te psy ujadają, żeby ich wilcy ujedli! Widać konie i ludzi pod zagrodą. Nie ma rady, trzeba zajechać, żeby nie ścigali, jak ominiem. Musiałaś i waćpanna się zdrzemnąć.
— Tak jest.
— Raz, dwa, trzy, cztery konie osiodłane, czterech ludzi pod zagrodą. No, niewielka potęga. Tak jest, to czabanowie. Coś żywo rozprawiają. Hej tam, ludzie! A bywaj no tu!
Czterech Kozaków zbliżyło się natychmiast. Byli to istotnie czabanowie od koni, czyli koniuchowie, którzy latem stad wśród stepów pilnowali. Pan Zagłoba zauważył natychmiast, że jeden z nich miał tylko szablę i piszczel, trzej inni zbrojni byli w szczęki końskie poprzywiązywane do kijów, ale wiedział i to także, że tacy koniuchowie bywają to ludzie dzicy i często dla podróżnych niebezpieczni.
Jakoż wszyscy czterej, zbliżywszy się, poglądali spode łba na przybyłych. W brązowych twarzach ich nie było najmniejszego śladu życzliwości.
— Czego chcecie? — pytali, nie zdejmując czapek.
— Sława Bohu — rzekł pan Zagłoba.
— Na wiki wikiw. Czego chcecie?
— A daleko do Syrowatej?
— Nie znajem nikakij Syrowatej.
— A ówże zimownik jak się zwie?
— Huśla.
— Dajcie no koniom wody.
— Nie ma wody, wyschła. A wy skąd jedziecie?
— Z Kriwoj Rudy.
— A dokąd?
— Do Czehryna.
Czabanowie spojrzeli po sobie. Jeden z nich, czarny jak żuk i kosooki, począł wpatrywać się w pana Zagłobę, wreszcie rzekł:
— A czego wy z gościńca zjechali?
— Bo upał.
Kosooki położył rękę na lejcach pana Zagłoby.
— Zleź no, panku, z konia. Do Czehryna nie masz po co jechać.
— I czemuż to? — spytał spokojnie pan Zagłoba.
— A widzisz ty tego mołojca? — rzekł kosooki, ukazując jednego z czabanów.
— Widzę.
— On z Czehryna prijichaw. Tam Lachiw riżut.
— A wiesz ty, chłopie, kto do Czehryna za nami jedzie?
— Kto takij?
— Kniaź Jarema!
Zuchwałe twarze czabanów spokorniały w jednej chwili. Wszyscy jakby na komendę poodkrywali głowy.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.