— Mości panowie! — wrzeszczał, aż szyby w oknach dzwoniły. — Pozwałem ja już jegomości sułtana do grodu za gwałt, którego się na mnie w Galacie dopuścił.
— Nie powiadajże waćpan lada czego, żeby ci się gęba nie wystrzępiła!
— Jak to, mości panowie? Quatuor articuli judicii castrensis: stuprum, incendium, latrocinium et vis armata alienis aedibus illata. A czyż nie była to właśnie vis armata?
— Krzykliwy z waści głuszec.
— I choćby do trybunału pójdę!
— Przestańże wasze…
— I kondemnatę uzyskam, i bezecnym go ogłoszę, a potem wojna, ale już z infamisem.
— Zdrowie waszmościów!
Niektórzy wszelako śmieli się, a z nimi i pan Skrzetuski, bo mu się z czupryny trochę kurzyło, szlachcic zaś tokował dalej naprawdę jak głuszec, który się własnym głosem upaja. Na szczęście dyskurs jego przerwany został przez innego szlachcica, który zbliżywszy się, pociągnął go za rękaw i rzekł śpiewnym litewskim akcentem:
— Poznajomijże waćpan, mości Zagłobo, i mnie z panem namiestnikiem Skrzetuskim… Poznajomijże!
— A i owszem, i owszem. Mości namiestniku, oto jest pan Powsinoga.
— Podbipięta — poprawił szlachcic.
— Wszystko jedno! Herbu Zerwipludry…
— Zerwikaptur — poprawił szlachcic.
— Wszystko jedno. Z Psichkiszek.
— Myszykiszek — poprawił szlachcic.
— Wszystko jedno. Nescio, co bym wolał, czy mysie, czy psie kiszki. Ale to pewna, że bym w żadnych mieszkać nie chciał, bo to i osiedzieć się tam niełatwo, i wychodzić niepolitycznie. Mości panie! — mówił dalej do Skrzetuskiego, ukazując Litwina. — Oto tydzień już piję wino za pieniądze tego szlachcica, któren ma miecz za pasem równie ciężki jak trzos, a trzos równie ciężki jak dowcip. Ale jeślim pił kiedy wino za pieniądze większego cudaka, to pozwolę się nazwać takim kpem, jak ten, co mi wino kupuje.
— A to go objechał! — wołała, śmiejąc się szlachta.
Ale Litwin nie gniewał się, kiwał tylko ręką, uśmiechał się łagodnie i powtarzał:
— At, dałbyś waćpan pokój… słuchać hadko!
Pan Skrzetuski przypatrywał się ciekawie tej nowej figurze, która istotnie zasługiwała na nazwę cudaka. Przede wszystkim był to mąż wzrostu tak wysokiego, że głową prawie powały dosięgał, a chudość nadzwyczajna wydawała go wyższym jeszcze. Szerokie jego ramiona i żylasty kark zwiastowały niepospolitą siłę, ale była na nim tylko skóra i kości. Brzuch miał tak wpadły pod piersią, że można by go wziąć za głodomora, lubo ubrany był dostatnio, w szarą, opiętą kurtę ze świebodzińskiego sukna, z wąskimi rękawami, i wysokie szwedzkie buty, które na Litwie zaczynały wchodzić w użycie. Szeroki i dobrze wypchany łosiowy pas, nie mając na czym się trzymać, opadał mu aż na biodra, a do pasa przywiązany był krzyżacki miecz tak długi, że temu olbrzymiemu mężowi prawie do pachy dochodził.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.