lektury on-line

Kategorie

Ogniem i mieczem - Henryk Sienkiewicz - Strona 337

W tej chwili postać owa podniosła głowę i na twarz jej padł szary blask świtu: to nie był Bohun, ale sotnik Hołody, którego pan Zagłoba poznał natychmiast, bo go znał doskonale jeszcze z tych czasów, gdy dotrzymywał Bohunowi kompanii w Czehrynie.
— Chłopcy! — rzekł Hołody. — A nie śpicie?
— Nie, bat'ku, choć i chce się spać. Czas by nas zmienić.
— Zaraz was zmienią. A wraży syn nie uciekł?
— Oj, oj! Chyba dusza z niego uciekła, ojcze, bo się ani ruszył.
— Szczwana to liszka. A obaczcie no, co się z nim dzieje, bo on gotów się w ziemię zapaść.
— Zaraz! — odrzekło kilku mołojców, zbliżając się ku drzwiom chlewa.
— Stoczcie też i siana ze stropu. Konie wytrzeć! Ze wschodem ruszamy.
— Dobrze, bat'ku!
Pan Zagłoba, porzuciwszy co tchu swoje stanowisko przy dziurze w dachu, przyczołgał się do otworu w stropie. Jednocześnie usłyszał skrzyp drewnianej zawory i szelest słomy pod nogami mołojców. Serce biło mu młotem w piersi, a ręką ściskał głownię szabli, ponawiając sobie w duchu śluby, że prędzej da się spalić razem z chlewem lub na sieczkę pociąć niż żywcem wziąć. Spodziewał się też, że lada chwila mołojcy podniosą wrzask straszliwy, ale się omylił. Czas jakiś słychać było, jak chodzili coraz to śpieszniej po całym chlewie, nareszcie jeden ozwał się:
— Jaki tam czort? Nie mogę go zmacać! My go ot tu rzucili.
— Niesamowity czy co? Skrzesz ognia, Wasyl, ciemno tu jak w lesie.
Nastała chwila milczenia. Wasyl szukał widocznie hubki i krzesiwa, drugi zaś mołojec począł wołać z cicha:
— Pane szlachcic, odezwij się!
— Całuj psa w ucho! — mruknął Zagłoba.
Wtem żelazo poczęło szczękać o krzemień, sypnął się rój iskier i rozświecił ciemne wnętrze chlewa i głowy mołojców przybrane w kapuzy, po czym zapadła ciemność jeszcze głębsza.
— Nie ma! Nie ma! — wołały gorączkowe głosy.
Wówczas jeden z mołojców poskoczył ku drzwiom.
— Bat'ku Hołody! Bat'ku Hołody!
— Co takiego? — pytał sotnik, ukazując się we drzwiach.
— Nie ma Lacha!
— Jak to nie ma?
— W ziemię zapadł! Nie ma nigdzie. O, Hospody pomyłuj! My ogień krzesali; nie ma!
— Nie może być. Oj, byłoby wam od atamana! Uciekł czy co? Pospaliście się?
— Nie, bat'ku, my nie spali. Z chlewa on nie wyszedł naszą stroną.
— Cicho! Nie budzić atamana!… Jeśli nie wyszedł, to musi gdzieś być. A wy wszędzie szukali?
— Wszędzie.
— A na stropie?
— Jak jemu było na strop leźć, kiedy był w łykach.
— Durny ty! Żeby on się nie rozwiązał, to by tu był. Szukać na stropie. Skrzesać ognia!
Sypnęły się znowu iskry. Wieść przeleciała wnet przez wszystkie straże. Poczęto się tłoczyć do chlewa z owym pośpiechem zwyczajnym w nagłych razach; słychać było szybkie kroki, szybkie pytania i jeszcze szybsze odpowiedzi. Rady krzyżowały się jak miecze w boju.
— Na strop! Na strop!
— A pilnuj z zewnątrz!
— Nie budzić atamana, bo będzie bieda!
— Nie ma drabiny!
— Przynieść drugą!
— Nie ma nigdzie!
— Skoczyć do chaty, czy tam nie ma?
— O, Lach przeklęty!
— Leźć po węgłach na dach, dachem się przedostać.
— Nie można, bo wystaje i podbity deskami.
Kategorie: Pozytywizm
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia