lektury on-line

Kategorie

Ogniem i mieczem - Henryk Sienkiewicz - Strona 55

— Zali serce jest pachołkiem, któremu rozkazać można? Zali oczom zabronisz patrzyć na tak cudną istotę jak księżniczka Barbara, której widok dzikie nawet bestie poruszyć byłby zdolny?
— Masz diable kubrak! — wykrzyknął pan Skrzetuski. — Widzę, że się bez mojej pomocy pocieszysz, aleć to powtarzam: wróć do Anusi, bo z mojej strony żadnych impedimentów mieć nie będziesz.
Anusia jednak ani myślała rzeczywiście o Wołodyjowskim. Natomiast drażniła ją, zaciekawiała i gniewała obojętność pana Skrzetuskiego, który wróciwszy po tak długiej nieobecności, prawie na nią nie spojrzał. Wieczorami tedy, gdy książę z co przedniejszymi oficerami i dworzany przychodził do bawialnej komnaty księżny, by zabawić się rozmową, Anusia wyglądając zza pleców swej pani (bo księżna była wysoka, a Anusia niska), świdrowała swymi czarnymi oczkami w twarzy namiestnika, chcąc mieć rozwiązanie tej zagadki. Ale oczy Skrzetuskiego, również jak myśl, błądziły gdzie indziej, a gdy wzrok jego padał na dziewczynę, to taki zamyślony i szklany, jak gdyby nie na tę patrzył, do której śpiewał niegdyś:

Jak tatarska orda,
Bierzesz w jasyr corda!…

„Co mu się stało?” — pytała sama siebie rozpieszczona faworytka całego dworu i tupiąc drobną nóżką, czyniła postanowienie rzecz tę zbadać. Nie kochała się ona wprawdzie w Skrzetuskim, ale przyzwyczaiwszy się do hołdów, nie mogła znieść, by na nią nie zważano i gotowa była ze złości sama się rozkochać w zuchwalcu.
Razu tedy jednego, biegnąc z motkami dla księżny, spotkała pana Skrzetuskiego wychodzącego z przyległej sypialnej komnaty książęcej. Naleciała na niego jak burza, prawie go potrąciła piersią i cofnąwszy się nagle, rzekła:
— Ach! Jakem się przestraszyła! Dzień dobry waćpanu!
— Dzień dobry pannie Annie! Czyliż takowe monstrum ze mnie, bym aż miał pannę Annę przestraszać?
Dziewczyna stała ze spuszczonymi oczkami, kręcąc w palcach niezajętej ręki końce warkoczów, przestępując z nóżki na nóżkę i niby zmieszana, odpowiedziała z uśmiechem:
— E nie! To to nie… Wcale nie… Jak matkę kocham!
Nagle spojrzała na porucznika i znów zaraz spuściła oczy.
— Czy się waćpan gniewasz na mnie?
— Ja? Alboż panna Anna dba o mój gniew?
— Co prawda, to nie. Miałabym też o co dbać! Może waćpan myślisz, że zaraz będę płakała? Pan Bychowiec grzeczniejszy…
— Jeśli tak, to nie pozostaje mnie nic innego, jak ustąpiwszy pola panu Bychowcowi, zejść z oczu panny Anny.
— A czy ja trzymam?
To rzekłszy, Anusia zastąpiła mu drogę.
— To waćpan z Krymu powraca? — spytała.
— Z Krymu.
— A co waćpan z Krymu przywiózł?
— Przywiozłem pana Podbipiętę. Wszakże go panna Anna już widziała? Bardzo to miły i stateczny kawaler.
— Pewnie, że milszy od waćpana. A po co on tu przyjechał?
— By panna Anna miała na kim swojej mocy popróbować. Aleć radzę ostro się brać, bo wiem jeden sekret o tym kawalerze, dla którego jest on niezwyciężony… I nawet panna Anna z nim nic nie wskóra.
— Dlaczegóż to on jest niezwyciężony?
— Bo się nie może żenić.
— A co mnie to obchodzi! Czemuż to on nie może się żenić?
Kategorie: Pozytywizm
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia