— Bat'ku — rzekł — uciekali oni do Czehryna i mądrze uciekali, bo zyskali na czasie, ale gdy się o Chmielu i żółtowodzkiej batalii od Pleśniewskiego dowiedzieli, zmienili drogę. Ty, bat'ku, sam widział, że zjechali z gościńca i w bok się rzucili.
— W step?
— W stepie ja by ich, bat'ku, znalazł, ale oni poszli ku Dnieprowi, by się do hetmanów dostać, więc poszli albo na Czerkasy, albo na Zołotonoszę i Prochorówkę… A jeśli i ku Perejasławiu poszli, chociaż ne dumaju, to i tak ich znajdziemy. Nam by, bat'ku, trzeba jednemu do Czerkas, drugiemu do Zołotonoszy na czumacką drogę; i prędko, bo jak się przez Dniepr przeprawią, to do hetmanów zdążą albo ich Tatary Chmielnickiego ogarną.
— Ruszajże ty do Zołotonoszy, ja do Czerkas pociągnę.
— Dobrze, bat'ku.
— A pilnuj dobrze, bo to chytry lis.
— Oj, i ja chytry, bat'ku.
Tak ułożywszy plan pogoni, skręcili natychmiast, jeden ku Czerkasom, drugi wyżej, ku Zołotonoszy. Wieczorem tegoż samego dnia stary esauł Anton dotarł do Demianówki.
Wieś była pusta, zostały tylko same baby, gdyż wszyscy mężczyźni ruszyli za Dniepr do Chmielnickiego. Widząc zbrojnych, a nie wiedząc, kto by byli, baby pokryły się po strzechach i stodołach. Anton długo musiał szukać, nim odnalazł staruszkę, która nie obawiała się już niczego, nawet i Tatarów.
— A gdzie chłopy, matko? — pytał Anton.
— A czy ja wiem! — odparła, ukazując żółte zęby.
— My Kozaki, matko, nie bójcie się, my nie od Lachiw.
— Lachiw?… Szczob ich łycho!
— Wy nam życzycie?… Prawda?
— Wam? — Starucha zastanowiła się chwilę. — A was szczoby bolaczka!
Anton nie wiedział, co ma począć, gdy nagle drzwi jednej chaty skrzypnęły i młodsza, ładna kobieta wyszła na podwórko.
— Ej, mołojcy, słyszała ja, szczo wy ne Lachy.
— Tak jest.
— A wy od Chmiela?
— Tak jest.
— Ne od Lachiw?
— Ni.
— A czego wy o chłopów pytali?
— Ot, tak pytali, czy już poszli.
— Poszli, poszli!
— Sława Bohu! A powiedz no, mołodycio, nie uciekał tu tędy jeden szlachcic, Lach przeklęty, z córką?
— Szlachcic? Lach? Ja ne baczyła.
— Nikogo tu nie było?
— Buw did. On chłopów namówił, żeby do Chmiela, do Zołotonoszy poszli, bo mówił, że tu kniaź Jarema przyjdzie.
— Gdzie?
— A tutki. A potem do Zołotonoszy ma ciągnąć, to mówił did.
— I did namówił chłopów do buntu?
— A did.
— A sam był?
— Nie. Z niemową.
— A jak wyglądał?
— Kto?
— Did.
— Oj, stary, stareńki, na lirze grał i na paniw płakał. Ale ja jego nie widziała.
— I on chłopów do buntu namawiał? — pytał raz jeszcze Anton.
— A on.
— Hm! Ostańcie z Bogiem, mołodycio.
— Jedźcie z Bogiem.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.