lektury on-line

Kategorie

Pan Wołodyjowski - Henryk Sienkiewicz - Strona 96

Tu poczęli rozmowę o polityce. Pan Zagłoba starał się z lekka wyrozumieć opinie stolnika, w końcu zaś zwrócił się do Wołodyjowskiego i spytał bez ogródki:
— A ty, Michale, komu dasz kreskę?
Lecz Wołodyjowski zamiast odpowiedzi drgnął jakby rozbudzony i rzekł:
— Ciekawym, czy też śpią i czy je dzisiaj jeszcze ujrzymy?
— Pewnie śpią — odrzekła słodkim i jakby sennym głosem Basia — ale się rozbudzą i niechybnie przyjdą waszmościów powitać.
— Tak waćpanna myślisz? — spytał z radością mały rycerz.
I znów spojrzał na Basię, i znów mimo woli pomyślał: „Ależ to licho wdzięczne w tym świetle miesiąca!”
Blisko już było do Ketlingowego dworu i po chwili zajechali.
Pani stolnikowa i Krzysia spały już, czuwała tylko służba, czekano bowiem na Basię i na pana Zagłobę z wieczerzą. Wnet uczynił się w domu ruch niemały: Zagłoba rozkazał zbudzić więcej ludzi, by ciepła strawa i dla gości była podana.
Pan stolnik chciał zaraz iść do żony, ale ona dosłyszała już niezwykły skrzęt i domyśliwszy się, kto przyjechał, w chwilę później zbiegła na dół w zarzuconej naprędce sukni, zdyszana, ze łzami radości w oczach i pełnymi uśmiechów ustami; poczęły się powitania, uściski i bezładna rozmowa, przerywana okrzykami.
Pan Wołodyjowski spoglądał ustawicznie na drzwi, w których znikła Basia, a w których lada chwila spodziewał się ujrzeć ukochaną Krzysię, promienną od cichej radości, jasną, z błyszczącymi oczyma i rozwiązaną z pośpiechu kosą; ale tymczasem gdański zegar stojący w jadalnej izbie gdakał i gdakał, czas upływał, podano wieczerzę, a ukochana i droga dla pana Michała dziewczyna nie ukazywała się w komnacie.
Weszła wreszcie Basia, ale sama, poważna jakaś i zasępiona, zbliżyła się do stołu i ogarniając rączką świecę zwróciła się do pana Makowieckiego.
— Wujku! — rzekła — Krzysia trochę niezdrowa i nie przyjdzie, ale prosi, aby wujko choć pode drzwi podszedł, żeby go mogła powitać.
Pan Makowiecki wstał zaraz i wyszedł, a Basia za nim.
Sposępniał mały rycerz okrutnie i rzekł:
— Tegom się nie spodziewał, żebym panny Krzysi nie miał dziś ujrzeć. Zali naprawdę chora?
— E! Zdrowa — odrzekła pani Makowiecka — ale ona teraz nie do ludzi.
— Czemu to?
— To jegomość pan Zagłoba nie wspominał ci o jej intencji?
— O jakiej intencji, na rany boskie?!
— Ona do zakonu idzie…
Pan Michał począł mrugać oczyma jak człowiek, który nie dosłyszał, co do niego mówią, potem zmienił się na twarzy, wstał, usiadł znowu; pot w jednej chwili okrył mu perłami czoło, więc począł je dłońmi obcierać. W izbie nastało głuche milczenie.
— Michale — ozwała się pani stolnikowa.
A on patrząc błędnie to na nią, to na Zagłobę rzekł wreszcie strasznym głosem: — Czy klątwa ciąży nade mną?!
— Miej Boga w sercu! — zakrzyknął Zagłoba.
Rozdział XVIII
Odgadli po owym wykrzyku Zagłoba z panią Makowiecką tajemnicę serca małego rycerza i gdy on, zerwawszy się nagle, opuścił izbę, spoglądali czas jakiś na się w osłupieniu i niepokoju, aż na koniec pani Makowiecka rzekła:
— Dla Boga! Idź waćpan za nim, perswaduj, pociesz, a nie, to ja pójdę.
Kategorie: Pozytywizm
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia