— Dziwuj się zmyślności tych ptaków. Niech jeno gdziekolwiek ma przyjść do bitwy, zaraz ze wszystkich stron nadlatują, jakoby je kto z worka wysypał. Gdy samo jedno wojsko ciągnie albo przyjacielskie mają się spotkać, nie masz tego, tak to bestie umieją odgadnąć intencje ludzkie, choć się im nikt nie oznajmia. Sama sagacitas narium tego nie wytłumaczy, dlatego słusznie dziwić się możesz.
Tymczasem ptaki, kracząc coraz mocniej, zbliżyły się znacznie, więc pan Muszalski zwrócił się do małego rycerza i rzekł uderzając dłonią po łuku:
— Panie komendancie, a nie wzbronno będzie ściągnąć jednego na uciechę dla pani komendantowej? Hałasu to przecie nie uczyni?
— Ściągnij waść choćby dwa — rzekł Wołodyjowski wiedząc, jaką stary żołnierz ma słabość popisywania się celnością swych grotów.
Na to niezrównany łucznik sięgnął ręką za plecy i wydobył strzałę pierzastą, za czym nałożył ją na cięciwę i podniósłszy w górę łuk i głowę, czekał.
Stado było coraz bliżej. Wszyscy wstrzymali konie i patrzyli ciekawie ku niebu. Nagle rozległ się żałosny jęk cięciwy, niby świegot jaskółki, i strzała wybiegłszy znikła pod stadem.
Przez chwilę można było pomyśleć, że pan Muszalski chybił, lecz oto jeden ptak zwinął kozła i zniżył się wprost nad głowami ku ziemi, następnie, koziołkując ciągle, zniżał się coraz bardziej, wreszcie począł spadać z rozpostartymi skrzydłami, zupełnie jak liść dający opór powietrzu.
Po chwili spadł na kilka kroków przed koniem Basi. Strzała przeszyła go na wylot tak, że grot świecił powyżej grzbietu.
— Na szczęśliwą wróżbę! — rzekł kłaniając się Basi pan Muszalski. — Będę ja miał z daleka na panią komendantową, a wielką moją dobrodzikę, oko i w nagłym razie znowu, daj Boże szczęśliwie, strzałeczkę wypuszczę. Choć tam i bzyknie blisko, upewniam, że nie zrani.
— Nie chciałabym ja być tym Tatarem, którego waszmość na cel weźmiesz! — odrzekła Basia.
Lecz dalszą rozmowę przerwał pan Wołodyjowski, który ukazawszy na dość znaczne wzniesienie odległe na kilka stai rzekł:
— Tam staniem…
Po tych słowach ruszyli rysią. W pół wzniesienia mały rycerz kazał zwolnić kroku, a wreszcie niedaleko wierzchołka zatrzymać konie.
— Nie będziem do samego szczytu dojeżdżać — rzekł — bo przy tak jasnym ranku z daleka można by nas wziąć na oko, ale zsiadłszy z koni przybliżym się tak do zrębu, by głowy niewiele wystawały.
To rzekłszy zeskoczył z konia, a za nim Basia, pan Muszalski i kilku innych. Dragoni pozostali pod szczytem, trzymając rumaki, oni zaś posunęli się aż do miejsca, w którym wzniesienie zapadało się ścianą prawie prostopadłą ku dołowi.
U stóp tej ściany, wysokiej na kilkadziesiąt łokci, rosły dość gęsto wąskim pasem chaszcze, dalej zaś ciągnął się step niski, równy, którego z tej wysokości ogromną przestrzeń mogli objąć oczyma.
Równina owa, przecięta niewielkim strumieniem biegnącym w stronę Kałusiku, była również, jak i spód skały, pokryta kępami zarośli. Z największej kępy cienkie smugi dymu unosiły się ku niebu.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.