lektury on-line

Kategorie

Pan Wołodyjowski - Henryk Sienkiewicz - Strona 353

Owi dwakroć, pod zasłoną dymów, poszli zbitą masą do wyłomu i dwakroć, wymościwszy ciałami ziemię, cofnęli się w popłochu. O południu pchnięto im w pomoc masy pospolitego ruszenia i dżamaku, lecz mniej ćwiczone tłumy, lubo pobudzane z tyłu włóczniami, wyły tylko okropnymi głosami i nie chciały iść przeciw zamkowi. Nadjechał kajmakan — nic nie pomogło. Lada chwila groził powszechny, graniczący z obłędem popłoch, więc w końcu ludzi cofnięto i tylko działa po staremu pracowały bez wytchnienia, miotając grom za gromem, błyskawicę za błyskawicą.
Tak upływały całe godziny. Słońce już zeszło z zenitu i spoglądało na ową walkę bezpromienne, czerwone, zadymione, jakby srzeżogą przesłonięte.
Około trzeciej z południa huk dział doszedł do takiej potęgi, iż najgłośniej krzyczanych w ucho słów nie można było w murach dosłyszeć. Powietrze stało się w zamku gorące jak w piecu. Woda, którą polewano rozpalone działa, buchała w nich parą, mieszając się z dymem i przesłaniając świat, lecz działa grzmiały ciągle.
Zaraz po trzeciej rozbito dwie największe kolubryny tureckie. Moździerz stojący obok nich pękł, uderzony faskulą, w kilka pacierzy później. Kanonierowie ginęli jak muchy. Z każdą chwilą stawało się widoczniejszym, że ów niepokonany piekielny zamek bierze górę w walce, że przekrzyczy tureckie grzmoty i że on wypowie ostatnie słowo… zwycięstwa.
Ogień turecki począł z wolna słabnąć.
— Koniec będzie! — krzyknął z całych sił Wołodyjowski w ucho Ketlinga, chcąc, ażeby go ten wśród huku dosłyszał.
— I ja tak myślę! — odrzekł Ketling. — Do jutra czy na dłużej?
— Może na dłużej. Dziś przy nas wiktoria!
— I przez nas!
— O tej nowej minie musim pomyśleć.
Ogień turecki osłabł jeszcze bardziej.
— Bijmy dalej z dział! — zawołał Wołodyjowski.
I skoczył między kanonierów.
— Ognia, chłopcy! — krzyknął — Póki ostatnie działo tureckie grać nie ustanie! Na chwałę Bogu i Przenajświętszej Pannie! Na chwałę Rzeczypospolitej! Ognia!
Żołnierze zaś widząc, że i ten szturm ma się już ku końcowi, ozwali się gromkim, radosnym okrzykiem i z tym większym zapałem poczęli walić ku szańcom tureckim.
— „Kindię” wam wieczorną, psubraty, zagramy, „kindię” — wołały liczne głosy.
Nagle stało się coś dziwnego. Oto wszystkie działa tureckie zamilkły od razu, jakby kto nożem uciął. Zamilkł również grzechot janczarek w nowym zamku. Stary zamek grzmiał jeszcze czas jakiś, lecz w końcu poczęli oficerowie spoglądać po sobie i pytać się wzajemnie:
— Co to jest? Co się stało?
Ketling, zaniepokojony nieco, powstrzymał również strzelaninę.
Jeden z oficerów ozwał się wówczas głośno:
— Chyba mina jest pod nami, którą zaraz podpalą!…
Wołodyjowski przeszył mówiącego groźnym wzrokiem.
— Mina niegotowa, a choćby była gotowa, wyleci od niej tylko lewa ściana zamku — i z gruzów będziem się bronili, póki tchu w nozdrzach — rozumiesz waść?
Kategorie: Pozytywizm
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia