Niechże wam Bóg da zdrowie! Ha! Pobitym, alem rad! Siła musieliście szpaków zjeść za młodu… A ten sygnecik, gdyby się na pamiątkę naszego colloquium przygodził…
Na to Zagłoba:
— A ten sygnecik niech na miejscu ostanie…
— Już to dla mnie uczyńcie…
— Żadnym sposobem nie może być! Chyba innym razem… kiedy później… po elekcji…
Zrozumiał ksiądz podkanclerzy i nie nalegał dłużej, wyszedł jednak z promieniejącą twarzą.
Pan Zagłoba odprowadził go aż za bramę i wracając mruczał:
— Ha! Dałem mu naukę! Trafił frant na franta… Ale honor jest! Będą się tu dygnitarze na wyprzodki przed tę bramę zjeżdżali… Ciekawym, co tam białogłowy sobie myślą?
Białogłowy pełne były istotnie podziwu i pan Zagłoba urósł, zwłaszcza w oczach pani Makowieckiej, do pułapu, toteż zaledwie się pokazał, zaraz zakrzyknęła z wielkim zapałem:
— Waćpan Salomona rozumem przeszedł!
A on rad był bardzo:
— Kogo, mówisz waćpani, przeszedłem? Poczekaj waćpani: obaczysz tu i hetmanów, i biskupów, i senatorów; nieledwie trzeba się będzie od nich opędzać; chyba się za kotarkę chować przyjdzie…
Dalszą rozmowę przerwało wejście Ketlinga.
— Ketling, chcesz promocji? — zawołał pan Zagłoba, upojony jeszcze własnym znaczeniem.
— Nie! — odparł ze smutkiem rycerz — bo mi znów na długo wyjechać przyjdzie.
Zagłoba spojrzał na niego uważniej.
— Coś ty taki z nóg ścięty?
— Właśnie dlatego, że wyjeżdżam.
— Dokąd?
— Odebrałem listy ze Szkocji, od dawnych przyjaciół ojca i moich. Sprawy moje wymagają, abym się tam udał koniecznie, może na długo… Żal mi się z waćpaństwem rozstawać, ale — muszę!
Zagłoba, wyszedłszy na środek izby, spojrzał na panią Makowiecką, kolejno na panny i spytał:
— Słyszałyście? W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, amen!
Rozdział XVI
Jakkolwiek pan Zagłoba przyjął ze zdumieniem wieść o wyjeździe Ketlinga, jednakże nie przyszły mu do głowy żadne podejrzenia, łatwo bowiem było przypuścić, że Karol II przypomniał sobie usługi, jakie rodzina Ketlingów w czasach burzy tronowi oddała, i że zapragnął okazać wdzięczność ostatniemu tej rodziny potomkowi. Dziwniejszym nawet mogłoby się zdawać, gdyby miało być inaczej. Ketling w dodatku pokazał panu Zagłobie jakieś „zamorskie listy” i przekonał go ostatecznie.
Swoją drogą wyjazd ów zagroził wszystkim planom starego szlachcica, toteż z niepokojem myślał, co będzie dalej. Wołodyjowski, miarkując z jego listu, mógł wrócić lada godzina — a wiatry mu tam w stepie resztki żalu wywiały (myślał pan Zagłoba). Wróci rezolutem większym, niż wyjechał, że zaś do Krzysi mocniej go jakoś licho ciągnęło, zaraz deklarować gotów… — A potem?… — Potem Krzysia odpowie zgodą, bo jakżeby takiemu kawalerowi i przy tym bratu pani Makowieckiej odpowiedzieć mogła, i biedny, najmilszy hajduczek ostanie na lodzie.
Pan Zagłoba zaś z zawziętością właściwą starym ludziom uparł się koniecznie połączyć Basię z małym rycerzem.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.