lektury on-line

Kategorie

Pan Wołodyjowski - Henryk Sienkiewicz - Strona 65

Ketling podobał się jej, zarówno jak Krzysi, bo on się wszystkim niewiastom podobał; Basia przy tym nigdy dotąd nie widziała zagranicznego kawalera prócz oficerów cudzoziemskiej piechoty, ludzi mniejszej szarży i dość prostych; więc obchodziła go wkoło, potrząsając czupryną, rozdymając chrapki i przypatrując mu się z dziecinną ciekawością tak natarczywą, że aż usłyszała cichą naganę od pani Makowieckiej. Ale mimo nagany nie przestała go badać oczyma, jakby chcąc jego wartość żołnierską ocenić, a wreszcie poczęła wypytywać o niego pana Zagłobę.
— Wielkiż to żołnierz? — spytała po cichu starego szlachcica.
— Że i znamienitszy być nie może. Widzisz, eksperiencję ma niezmierną, bo od czternastego roku życia przeciw Angielczykom rokoszanom służył, przy prawdziwej wierze stając. Szlachcic też to jest wysokiego rodu, co i po jego obyczajności snadnie poznać możesz.
— Waćpan go widział w ogniu?
— Tysiąc razy! Będzie ci stał ani się zmarszczy; konia czasem po karku poklepie i o afektach gotów gadać.
— Zali moda o afektach wtedy rozmawiać? Co?
— Moda wszystko czynić, przez co się kontempt dla kul okazuje.
— No, a wręcz, w pojedynkę, równie on wielki?
— Ba, ba! szerszeń jest, nie ma co gadać!
— A panu Michałowi by wytrzymał?
— A! Michałowi by nie wytrzymał!
— Ha! — zawołała z radosną dumą Basia — wiedziałam, że nie wytrzyma! Zaraz pomyślałam, że nie wytrzyma!
I poczęła w ręce klaskać.
— Także to przy Michale się oponujesz? — spytał Zagłoba.
Basia potrząsnęła czupryną i umilkła; po chwili dopiero ciche westchnienie podniosło jej pierś.
— E! co tam! Radam, bo nasz!
— Ale to sobie zauważ i zakonotuj, hajduczku — rzekł Zagłoba — iż jeśli na polu bitwy trudno o lepszego niż Ketling, tedy dla niewiast jeszcze on bardziej periculosus, które się w nim dla jego urody zapamiętale kochają! Praktyk też to i w amorach znakomity!
— Powiedz to waćpan Krzysi, bo mnie amory nie w głowie — rzekła Basia i zwróciwszy się ku Drohojowskiej, poczęła wołać: — Krzysiu! Krzysiu! Chodź jeno na słowo!
— Jestem — rzekła panna Drohojowska.
— Pan Zagłoba powiada, że żadna panna nie spojrzy na Ketlinga, żeby się zaraz w nim nie rozkochała. — Ja już go obejrzałam na wszystkie strony i jakoś mi nic, a ty zali już co czujesz?
— Baśka! Baśka! — rzekła tonem perswazji Krzysia.
— Spodobał ci się, co?
— Daj spokój! Statkuj! Moja Basiu, nie powiadaj byle czego, bo właśnie pan Ketling się przybliża.
Jakoż Krzysia nie zdołała jeszcze usiąść, gdy Ketling zbliżył się i spytał:
— Wolno się do kompanii przyłączyć?
— Wdzięcznie prosim! — odpowiedziała Jeziorkowska.
— Więc śmielej już spytam, o czym była rozmowa?
— O amorach! — wykrzyknęła bez namysłu Basia.
Ketling usiadł przy Krzysi. Przez chwilę milczeli, bo Krzysia, zwykle przytomna i władnąca sobą, dziwnie jakoś stawała się nieśmiałą wobec tego kawalera, więc on pierwszy spytał:
— Zali w istocie o tak wdzięcznym obiekcie była narada?…
— Tak! — odrzekła półgłosem panna Drohojowska.
— Rad bym nad wszystko usłyszeć waćpanny mniemanie.
Kategorie: Pozytywizm
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia