Mały rycerz, Ketling, Myśliszewski i Kwasibrocki odpowiadali z zamków na ogień turecki. Pan generał podolski raz w raz do nich zaglądał i chodził wśród gradu kul frasobliwy, ale na niebezpieczeństwo niebaczący.
Wszelako ku wieczorowi, gdy ogień jeszcze się powiększył, pan Potocki zbliżył się do Wołodyjowskiego.
— Mości pułkowniku — rzekł — nie utrzymamy się tu.
— Póki poprzestają na strzelaniu — odrzekł mały rycerz — póty się utrzymamy, ale oni minami nas stąd wysadzą, bo kują.
— Zali kują istotnie? — spytał niespokojnie pan generał.
Na to Wołodyjowski:
— Siedmdziesiąt armat gra i grzmot jest prawie nieustający, ale przecie zdarzają się chwile cichości. Jak taka nadejdzie, niech jeno wasza dostojność dobrze nadstawi ucha, a usłyszy.
Na ową chwilę nie potrzebowali istotnie długo czekać, tym bardziej że wypadek przyszedł im w pomoc. Oto jedno z dział burzących tureckich pękło. Sprowadziło to pewne zamieszanie; z innych szańców posłano pytać, co się dzieje, i nastała przerwa w strzelaniu.
Wówczas pan Potocki z Wołodyjowskim zbliżyli się do samego końca jednego z zamkowych wyczółków i poczęli słuchać. Po pewnym czasie uszy ich ułowiły dosyć wyraźnie dźwiękliwe odgłosy kilofów bijących w skalną ścianę.
— Kują — rzekł pan Potocki.
— Kują — powtórzył mały rycerz.
Po czym zamilkli. Wielki niepokój pojawił się w twarzy generała; podniósł ręce i skronie dłońmi przycisnął. Widząc to Wołodyjowski rzekł:
— Zwyczajna to rzecz w każdym oblężeniu. Pod Zbarażem ryli pod nami dzień i noc.
Pan jenerał podniósł głowę.
— Co Wiśniowiecki na to robił?
— Przenosiliśmy się z obszerniejszych wałów w coraz ciaśniejsze.
— A nam co czynić przystoi?
— Nam należy działa, a z nimi co można zabrać i do starego zamku się przenieść, bo stary na takich skałach fundowan, że i minami ich nie rozsadzą. Zawszem tak mniemał, że nowy posłuży tylko na to, żeby dać pierwszy wstręt nieprzyjacielowi, potem trzeba nam go będzie samym od czoła prochami wysadzić i prawdziwa obrona pocznie się dopiero w starym.
Nastała chwila milczenia i generał pochylił znów stroskaną głowę.
— A jeśli nam i ze starego zamku przyjdzie ustąpić? Gdzie ustąpimy? — pytał złamanym głosem.
Na to wyprostował się mały rycerz, ruszył wąsikami i ukazał palcem na ziemię.
— Ja jeno tam! — rzekł.
W tej chwili działa zaryczały na nowo i całe stada granatów poczęły lecieć na zamek, ale że już mrok był na świecie, więc było je widać doskonale. Pan Wołodyjowski, pożegnawszy się z generałem, poszedł wzdłuż murów i przechodząc od jednej baterii do drugiej, wszędy zachęcał, rady dawał, wreszcie spotkawszy się z Ketlingiem rzekł:
— A co?
Ów uśmiechnął się słodko.
— Widno od granatów jak w dzień — rzekł ściskając rękę małego rycerza — nie żałują nam ognia!
— Działo im znaczne pękło. Tyś wysadził?
— Ja.
— Spać mi się chce okrutnie.
— I mnie, ale nie czas.
— Ba — rzekł Wołodyjowski — i żoniska muszą być niespokojne; na tę myśl sen odbiega.
— Modlą się za nas — rzekł Ketling wznosząc oczy ku lecącym granatom.
— Dajże Bóg zdrowie mojej i twojej!
Źródło tekstu: Wolne Lektury.