lektury on-line

Kategorie

Pan Wołodyjowski - Henryk Sienkiewicz - Strona 355

Nikt nie ozwał się słowem. Słychać było tylko szybkie oddechy i sapanie.
Wreszcie Kwasibrocki przemówił:
— Trzeba chorągiew zatknąć. Ludzi zaraz zgromadzę!…
Wnet tu i owdzie rozległy się słowa komendy. Żołnierze poczęli się zwierać w szeregi i brać na ramię broń. Dźwięk muszkietów i miarowe ich stąpania budziły echa w milczącym zamku.
Ketling przysunął się do Wołodyjowskiego.
— Czas? — spytał.
— Czekaj na komisarzy, dowiemy się kondycyj… Wreszcie ja sam tam zejdę.
— Nie! Ja zejdę, ja lepiej lochy znam i wiem, gdzie co jest.
Dalszą rozmowę przerwały im głosy wołające:
— Komisarze wracają! Komisarze wracają!
Jakoż po niejakim czasie trzej nieszczęśni wysłannicy ukazali się na zamku. Byli to: sędzia podolski Gruszecki, stolnik Rzewuski i chorąży czernihowski pan Myśliszewski. Szli ponuro, z pospuszczanymi głowami. Na grzbietach ich mieniły się kaftany ze złotogłowiu, które w darze od wezyra dostali.
Wołodyjowski czekał ich oparty o ciepłe jeszcze i dymiące działo skierowane ku Dłużkowi. Wszyscy trzej powitali go w milczeniu, a on spytał:
— Jakie kondycje?
— Miasto nie będzie rabowane, mieszkańcom życie i mienie zapewnione. Każden, kto nie zechce zostać, ma prawo wyjść i udać się, gdzie mu się będzie podobało.
— A Kamieniec i Podole?
Komisarze pospuszczali głowy:
— Na sułtana… po wieki wieków!…
Po czym komisarze odeszli nie ku mostowi, bo tam już tłumy ludu zawaliły drogę, ale w bok, przez południową bramę. Zeszedłszy na dół, siedli w czółno, którym aż do Lackiej bramy mieli dojechać. W nizinie leżącej między opokami wzdłuż rzeki zaczęli się już pokazywać janczarowie. Z miasta napływały coraz większe fale ludu i zajęły plac naprzeciw starego mostu. Wielu chciało biec na zamek, lecz wychodzące regimenta powstrzymały ich z rozkazu małego rycerza.
Ów sprawiwszy wojsko przywołał pana Muszalskiego i rzekł mu:
— Stary przyjacielu, oddajże mi jedną przysługę: idź zaraz do żony mojej i powiedz jej ode mnie…
Tu głos uwiązł na chwilę w gardle małemu rycerzowi.
— I powiedz jej ode mnie: Nic to! — dodał prędko.
Łucznik odszedł. Za nim wychodziło powoli wojsko.
Wołodyjowski siadł na konia i czuwał nad wymarszem. Zamek opróżniał się, ale marudnie, z przyczyny zawadzającego gruzu i złamów.
Ketling zbliżył się do małego rycerza.
— Schodzę! — rzekł zaciskając zęby.
— Idź, jeno zwlecz, póki wojsko nie wyjdzie… Idź!…
Tu wzięli się w ramiona i przez pewien czas tak trwali. Oczy obydwom błyszczały nadzwyczajnym światłem… Ketling skoczył wreszcie w kierunku lochów…
Wołodyjowski zaś zdjął hełm z głowy; chwilę spoglądał jeszcze na tę ruinę, na to pole chwały swojej, na gruzy, trupy, odłamy murów, na wał i na działa, następnie podniósłszy oczy w górę, począł się modlić…
Ostatnie jego słowa były:
— Daj jej, Panie, moc, by zaś cierpliwie to zniosła, daj jej spokój!…
Kategorie: Pozytywizm
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia