lektury on-line

Kategorie

Pan Wołodyjowski - Henryk Sienkiewicz - Strona 163

Tu zwrócił się do pani Boskiej:
— Prędka, jako waćpani widzisz, u mojej żony rezolucja.
— Niechże ją za to Bóg błogosławi! — powtórzyła pani Boska. — Zosiu, ucałuj ręce pani komendantowej.
Ale pani komendantowa ani myślała dawać rąk do całowania, natomiast uściskały się z Zosią raz jeszcze, bo jakoś od razu przypadły sobie do serca.
Po czym Basia zwróciła się do męża, do pana Zagłoby i innych oficerów.
— Do rady, mości panowie! Do rady, do rady, a żywo!
— Żywo, bo głowa gore! — mruknął pan Zagłoba.
A Basia potrząsnęła płową czupryną:
— Nie mnie głowa, ale tym paniom serca z żalu gorą!
— Nikt się twojej poczciwej intencji nie przeciwi — rzekł Wołodyjowski — trzeba tylko naprzód szczegółowie relacji pani Boskiej wysłuchać.
— Zosiu, powiadaj wszystko, jak było, bo ja od łez nie mogę — rzekła matrona.
Zosia spuściła oczy w ziemię, zakrywszy je całkiem powiekami, po czym zarumieniła się jak wiśnia, nie wiedząc, od czego począć, i zawstydzona bardzo, że jej w tak licznym gronie przychodzi głos zabrać.
Lecz pani Wołodyjowska przyszła jej z pomocą.
— Zośka, a kiedy pana Boskiego w jasyr wzięto?
— Pięć lat temu, w sześćdziesiątym siódmym — odrzekła cienkim głosikiem Zosia nie podnosząc swych długich rzęs z oczu.
I następnie zaczęła już jednym tchem recytować:
— Nie było wtedy słychu o zagonach, a chorągiew tatusiowa stała pod Paniowcami. Tatuś z panem Bułajowskim mieli nadzór nad czeladzią, co w łąkach stad pilnowała, a tymczasem przyszli Tatarzy z wołoskiego szlaku i ogarnęli tatusia razem z panem Bułajowskim, ale pan Bułajowski już dwa lata temu powrócił, a tatuś nie powrócił.
Tu dwie drobniutkie łezki poczęły płynąć po Zosinych jagodach, aż rozczulił się tym widokiem pan Zagłoba i rzekł:
— Biedna trusia… Nie bój się, dziecko, wróci tatuś i jeszcze będzie na twoim weselu tańcował.
— A hetman pisał do pana Złotnickiego przez Piotrowicza? — spytał pan Wołodyjowski.
— Pan hetman pisał o tatusia do pana miecznika poznańskiego przez pana Piotrowicza — recytowała dalej Zosia — i pan miecznik z panem Piotrowiczem znaleźli tatusia u agi Murzy-beja.
— Dla Boga! Ja tego Murzę-beja znam! Z bratem jego byłem pobratymcem — zawołał Wołodyjowski. — Nie chciałże on pana Boskiego wydać?
— Było rozkazanie chanowe, żeby tatusia wydał, ale Murza-bej srogi, okrutny, tatusia ukrył, a panu Piotrowiczowi powiedział, że go już dawno do Azji przedał. Ale inni brańcy mówili panu Piotrowiczowi, że to nieprawda i że Murza umyślnie jeno tak mówi, żeby się mógł dłużej nad tatusiem znęcać, bo on ze wszystkich Tatarów dla jeńców najokrutniejszy. Może być, że tatusia wtedy nie było w Krymie, bo Murza ma swoje galery i do wioseł ludzi potrzebuje, ale sprzedany tatuś nie był; wszyscy to mówili, że Murza woli zabić jeńca niżeli go sprzedawać.
— Święta prawda — rzekł pan Muszalski. — Tego Murzę Agę-beja w całym Krymie znają. Wielce bogaty to Tatarzyn, ale dziwnie przeciw narodowi naszemu zawzięty, bo czterech jego braci na wyprawach przeciw nam poległo.
Kategorie: Pozytywizm
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia