— Jak tylko sprawy załatwię. Chciałbym się z Kurlandii ćwierci dzierżawnej doczekać, a dworek ten, w którym mieszkaliśmy, sprzedałbym chętnie, gdyby się kto ochotny do kupna trafił.
— Niech Makowiecki kupuje albo Michał! Na Boga! Przecie bez pożegnania się z Michałem nie wyjedziesz?
— Rad bym go z duszy pożegnał!
— Lada moment będzie! Lada moment! Może on cię do Krzysi namówi…
Tu urwał pan Zagłoba, bo go nagle ogarnął jakiś niepokój.
„Przysługiwałem się Michałowi w dobrej chęci — pomyślał — ale diablo wbrew jego chęci; miałaby zaś discordia z tego pomiędzy nim a Ketlingiem wyniknąć, to niech sobie Ketling lepiej jedzie…”
Tu pan Zagłoba począł pocierać ręką łysinę, wreszcie rzekł:
— Mówi się to i owo ze szczerej życzliwości ku tobie. Takem cię pokochał, że rad bym cię wszelkimi sposobami zatrzymał, więc ci Krzysię jako słoninkę nastawiłem… Ale to jeno z życzliwości… Cóż mnie staremu do tego!… Naprawdę to jeno życzliwość… nic więcej. Jać przecie swatami się nie trudnię, bo gdybym chciał swatać, to bym był siebie wyswatał… Daj, Ketling, pyska… a nie gniewaj się…
Ketling wziął w objęcia pana Zagłobę, który rozczulił się istotnie i zaraz gąsiorek kazał podać mówiąc:
— Już też z okazji tego odjazdu co dzień taki jeden wypijem.
I wypili, po czym Ketling pożegnał się i odszedł. Wino tymczasem podniosło fantazję w panu Zagłobie; począł bardzo tęgo rozmyślać o Basi, o Krzysi, o Wołodyjowskim i o Ketlingu; począł łączyć ich w pary, błogosławić, wreszcie zatęsknił do dziewczyn i rzekł sobie:
— Ano, pójdę zobaczyć te kozy…
Panny siedziały w izbie po drugiej stronie sieni i szyły. Pan Zagłoba powitawszy je jął chodzić po izbie wlokąc za sobą nieco nogi, bo mu już, zwłaszcza po winie, nie służyły jak dawniej. Chodząc spoglądał na dziewczyny, które siedziały bliziutko jedna drugiej, tak że jasna główka Basi prawie wspierała się o ciemną Krzysiną. Basia wodziła za nim oczyma, a Krzysia wyszywała tak pilnie, że ledwie można było uchwycić okiem migotanie jej igły.
— Hum! — ozwał się Zagłoba.
— Hum! — powtórzyła Basia.
— Nie przedrzeźniaj mnie, bom gniewny!
— Pewnie szyję utnie! — zawołała udając przestrach Basia.
— Kołat! Kołat! Kołatko! Język ci uciąć! Ot, co!
To rzekłszy pan Zagłoba zbliżył się tuż do panienek i wziąwszy się nagle w boki, spytał bez żadnego wstępu:
— Chcesz Ketlinga za męża?
— I takich pięciu! — ozwała się zaraz Basia.
— Cicho bądź, mucho, nie do ciebie mówię! Krzysiu, do ciebie mowa. Chcesz Ketlinga za męża?
Krzysia przybladła nieco, chociaż z początku sądziła, że pan Zagłoba Basię, nie ją zapytuje; za czym podniosła na starego szlachcica swoje śliczne ciemnoniebieskie oczy.
— Nie! —odrzekła spokojnie.
— Ano, proszę! Nie! Przynajmniej krótko! Proszę, proszę! I czemuż to waćpanna jego z łaski swojej nie chcesz?
— Bo ja nikogo nie chcę.
— Krzychna! Powiedz to komu innemu! — wtrąciła Basia.
— Cóż to stan małżeński w taką abominację podało? — pytał dalej pan Zagłoba.
— To nie abominacja, jeno mam do zakonu wolę — odrzekła Krzysia.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.