Lecz drugiego dnia postoju komendant podniósł chorągiew na nogi i powiódł ją za Raszków.
„Aż do Jahorlika pójdziemy czy co?” — mówił sobie wachmistrz.
Tymczasem zaraz za Raszkowem zbliżyli się tuż do rzeki, a w kilka pacierzy później stanęli nad tak zwanym „krwawym brodem”. Wówczas Nowowiejski nie rzekłszy ni słowa wparł konia w wodę i jął się przeprawiać na drugą stronę.
Żołnierze poczęli spoglądać na siebie ze zdumieniem.
— Jakże to? Do Turczech idziem? — pytał jeden drugiego.
Ale nie byli to „mościpanowie” z pospolitego ruszenia, gotowi do narad i protestów, jeno żołnierze prostacy, wzwyczajeni do żelaznej, stanicznej karności; więc za komendantem wparł konie w wodę pierwszy szereg, za nim drugi, trzeci. Nie było najmniejszego wahania. Dziwili się, że w trzysta koni idą do państwa tureckiego, któremu cały świat nie może podołać, ale szli.
Wkrótce rozkołysana woda zaczęła chlupać koło końskich boków, więc i przestali się dziwić, a myśleli jeno o tym, żeby sakw ze spyżą dla siebie i koni nie zamoczyć.
Dopiero na drugim brzegu poczęli znów spoglądać po sobie.
— Dla Boga! To my już w Multanach! — zabrzmiały ciche szepty.
I jaki taki obejrzał się za siebie, na Dniestr, który w zachodzącym słońcu błyszczał jak złota i czerwona wstęga. Skały nadbrzeżne, pełne pieczar, także skąpane były w jaskrawych blaskach. Wznosiły się one jak mur, który oto w tej chwili przedzielił tę garść ludzi od ojczyzny. Dla wielu z nich było to zapewne ostatnie pożegnanie.
Przez głowę Luśni przeszła myśl, że może komendant oszalał, ale komendanta rzeczą było rozkazywać, jego słuchać.
Tymczasem konie wyszedłszy z wody poczęły w szeregach parskać okrutnie.
— Zdrów! Zdrów! — rozległy się głosy żołnierskie.
Poczytano to za dobrą wróżbę i jakowaś otucha wstąpiła w serca.
— Ruszaj! — zakomenderował Nowowiejski.
Szeregi ruszyły i poszły ku zachodzącemu słońcu i ku owym tysiącom, ku owemu rojowisku ludzkiemu, ku owym narodom stojącym na Kuczunkaurach.
Rozdział XLVIII
Przejście Nowowiejskiego przez Dniestr i pochód jego w trzysta szabel przeciw potędze sułtańskiej, setki tysięcy wojowników liczącej, były to czyny, które człowiek wojny nieświadom za proste szaleństwo mógłby poczytać. Tymczasem były one tylko zuchwałą wyprawą wojskową mającą widoki powodzenia.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.