— Między ziemiankami — począł Ketling — nie ma…
Lecz nie dokończył, bo mały rycerz, zwróciwszy się w tej chwili ku wnętrzu zamku, krzyknął nagle wielkim głosem:
— Dla Boga! Rety! Co ja widzę!
I skoczył przed siebie. Ketling obejrzał się ze zdziwieniem: o kilkanaście kroków na podwórcu zamkowym ujrzał Baśkę w kompanii pana Zagłoby i Żmudzina Piętki.
— Pod mur! Pod mur! — krzyczał mały rycerz ciągnąc ich co prędzej pod przykrycie blankowe. — Dla Boga!…
— Ha! — mówił przerywanym głosem, sapiąc, pan Zagłoba — Daj tu sobie z taką rady! Proszę, perswaduję: „Zgubisz siebie i mnie!” — klękam, nic! Miałem ją samą puścić, co?… Uf! Nic nie pomaga! Nic nie pomaga! „Pójdę i pójdę!” Masz ją!
Basia miała przestrach w twarzy i brwi jej drgały jak do płaczu. Ale nie granatów się bała, nie grzmotu kul, nie rozpryśniętych kamieni, tylko gniewu męża.
Więc ręce złożyła jak dziecko obawiające się kary i poczęła wołać łkającym głosem:
— Nie mogłam, Michałku! Jak ciebie kocham, nie mogłam! Mój Michałku, nie gniewaj się! Ja nie mogę tam siedzieć, kiedy ty tu gorzejesz, nie mogę, nie mogę!…
On zaczął się w istocie gniewać, już zakrzyknął: „Baśka, Boga się nie boisz!” — lecz nagle porwało go rozczulenie, głos mu uwiązł w gardle i dopiero gdy ta najdroższa jasna głowa spoczęła na jego piersiach, ozwał się:
— Mój ty przyjacielu wierny do śmierci, mój ty!…
I objął ją rękoma.
A tymczasem Zagłoba, wcisnąwszy się w załamanie muru, mówił pospiesznie do Ketlinga:
— I twoja chciała iść, jenośmy ją zwiedli, że nie idziemy. Jakże! W takowym stanie… jenerał artylerii ci się urodzi, szelmą jestem, jeśli nie jenerał… Ha! Na most od miasta do zamku padają granaty jak gruszki… Myślałem, że się rozpuknę… ze złości, nie ze strachu… Przewróciłem się na ostre czerepy i podarłem sobie tak skórę, że przez tydzień bez bólu nie usiędę. Zakonnice muszą mnie smarować, na modestię nie uważając… Uf! A te szelmy strzelają i strzelają, żeby ich pioruny wystrzelały!… Pan Potocki mnie komendę chce oddać… Dajcie pić żołnierzom, bo nie wytrzymają… Patrzcie na ten granat! Dalibóg! Blisko tu gdzieś padnie… Osłońcie Baśkę! Dalibóg, blisko!…
Lecz granat upadł daleko, nie blisko, bo aż na dach kaplicy luterskiej w starym zamku. Tam, że sklepienie było bardzo mocne, zniesiono amunicję, lecz pocisk przebił sklepienie i zapalił prochy. Huk potężny, silniejszy od grzmotu dział, wstrząsnął posadami obu zamków. Z blanków ozwały się głosy przerażenia — armaty i polskie, i tureckie umilkły.
Ketling porzucił Zagłobę, pan Wołodyjowski Basię i co siły w nogach skoczyli obaj na mury. Przez chwilę słychać było, jak obaj wydawali zdyszanymi piersiami rozporządzenia, lecz komendę ich zgłuszyło warczenie bębnów w szańcach tureckich.
— Do ataku pójdą! — szepnął Zagłoba Basi.
Źródło tekstu: Wolne Lektury.