lektury on-line

Kategorie

Pan Wołodyjowski - Henryk Sienkiewicz - Strona 101

— Trzeba — rzekł zwracając się do przybyłych — żebyśmy pojechali dziś do miasta. Wre już tam przed elekcją jak w ukropie, bo każdy swego kandydata zaleca. Po drodze powiem waszmościom, komu, moim zdaniem, powinniśmy dać kreskę.
Nikt się nie ozwał, więc pan Zagłoba potoczył osowiałym okiem naokoło, wreszcie zwrócił się do Basi:
— A ty, chrząszczu, pojedziesz z nami?
— Pojadę choćby na Ruś! — odrzekła szorstko Basia.
I znów nastało milczenie. Na takich próbach klejenia rozmów, które nie chciały się kleić, przeszło całe śniadanie.
Na koniec uczestnicy wstali.
Wówczas Wołodyjowski zbliżył się natychmiast do Krzysi i rzekł:
— Muszę z waćpanną sam na sam pomówić.
Po czym podał jej ramię i wyprowadził ją do przyległej izby, do tej samej, która była świadkiem pierwszego ich pocałunku.
Posadziwszy Krzysię na sofie, sam siadł przy niej i począł głaskać ją dłonią po włosach, jakoby głaskał małe dziecko.
— Krzysiu! — ozwał się wreszcie łagodnym głosem. — Zali ci konfuzja przeszła? Możeszże mi spokojnie i przytomnie odpowiadać?
Jej konfuzja przeszła, a prócz tego wzruszyła ją jego dobroć, więc po raz pierwszy podniosła na niego na chwilę oczy:
— Mogę — odrzekła cicho.
— Zali prawda, żeś ty się ofiarowała do zakonu?
Na to Krzysia złożyła ręce i poczęła szeptać błagalnie:
— Nie bierz mi tego waćpan za złe, nie przeklinaj mnie, ale tak!
Kategorie: Pozytywizm
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia