lektury on-line

Kategorie

Pan Wołodyjowski - Henryk Sienkiewicz - Strona 224

Wreszcie jednak ta duszna trwoga poczęła zmieniać się w Tatarze w to, w co zmienia się najczęściej trwoga dzikiego zwierzęcia, to jest we wściekłość… I począł się sam podniecać tą wściekłością.
„Cokolwiek się stanie — pomyślał — ona moja, moja cała jest i moja będzie dziś jeszcze, i moja będzie jutro, a potem już nie wrócić jej do męża, jeno iść za mną…”
Na tę myśl dzika radość porwała go za włosy i nagle ozwał się głosem, który jemu samemu wydał się obcy:
— Wasza miłość nie znała mnie dotąd!…
— W tej mgle tak się waści głos zmienił — odrzekła nieco niespokojnie Basia — iż istotnie zdaje mi się, że kto inny mówi.
— W Mohilowie wojsk nie ma, w Jampolu nie ma, w Raszkowie nie ma! Ja tu jeden pan!… Kryczyński, Adurowicz i owi inni — raby moje, bo ja kniazia, ja władyki syn — ja im wezyr, ja im murza najwyższy, ja im wódz, jako Tuhaj-bej był wódz — ja im chan, ja jeden mam siłę, wszystko tu w mocy mojej…
— Czemu zaś waćpan to mówisz?
— Wasza miłość nie znała mnie dotąd… Raszków już niedaleko… Ja chciał hetmanem tatarskim być i Rzeczypospolitej służyć, ale pan Sobieski nie dozwolił… Nie być mi dłużej Lipkiem, nie służyć pod niczyją komendą, jeno samemu wielkie czambuły wodzić, na Dorosza albo na Rzeczpospolitą, jak wasza miłość chcesz, jak wasza miłość rozkażesz!…
— Jak ja rozkażę?… Azja, co z tobą?
— To ze mną, że tu wszyscy moje raby, a jam twój rab! Co mnie hetman! Pozwolił czy nie pozwolił! Słowo, wasza miłość, rzeknij, a ja waszej miłości Akerman pod nogi położę i Dobrudżę położę — i te ordy, które tu ałusy mają — i te, które w Dzikich Polach koczują — i te, co wszędy tu w zimownikach leżą, będą raby twoje, jako ja twój rab!… Każesz — chana krymskiego nie usłucham i sułtana nie usłucham, i mieczem ich będę wojował, i pomoc Rzeczypospolitej dam, i nową ordę w tych stronach założę, a nad nią ja będę chanem, a nade mną ty będziesz jedna, tobie jednej będę pokłony bił, twojej łaski i zmiłowania prosił!
To rzekłszy przechylił się na kulbace i porwawszy wpół przerażoną i jakoby ogłuszoną słowami jego niewiastę, tak dalej mówił prędkim, chrapliwym głosem:
— Zaliś nie widziała, żem ja cię jedną miłował!… A nacierpiał się!… Ja cię i tak wezmę!… Ty moja już i będziesz moja!… Nikt cię tu nie wyrwie z moich rąk! Ty moja! ty moja! ty moja!
— Jezus, Maria! — zawołała Basia.
Lecz on ją cisnął tak w ramionach, jakby chciał zadławić… Krótki oddech wydobywał się z jego warg, oczy zachodziły mu mgłą, wreszcie wywlókł ją ze strzemion, z kulbaki i wziął przed siebie cisnąc jej piersi do swoich, i sinawe wargi jego, otwierając się łakomie jak usta ryby, poczęły szukać jej ust.
Kategorie: Pozytywizm
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia