— Wielu z nich z krain etiopskich pochodzi — odrzekł Ketling — albo z różnych takich, w których pieprz rośnie, i tych lada zamróz zwarzy. Dwa miesiące w najgorszym razie, nawet przy szturmach wytrzymamy. Niepodobna też przypuścić, aby żadna odsiecz nie przybyła. Ocknie się wreszcie Rzeczpospolita, choćby zaś nawet pan hetman wielkiej potęgi nie zebrał, podjazdami będzie Turków nękał.
— Ketling! Tak mi się widzi, że nie wybiła jeszcze nasza godzina.
— W mocy to bożej, ale i mnie się tak widzi, że do tego nie przyjdzie.
— Chyba by któren poległ, jak pan Muszalski! Ano, trudna rada! Szkoda mi okrutna pana Muszalskiego, choć kawalerską poległ śmiercią!
— Nie daj nam Boże gorszej, byle nie zaraz, bo powiem ci, Michał, iż żal by mi było… Krzysi.
— Ba, a mnie Basi… No! Pracujem szczerze, ale też miłosierdzie jest nad nami. Okrutnie mi jakoś wesoło w duszy! Trzeba też będzie i jutro czegoś znacznego dokazać!
— Turcy porobili drewniane zasłony z belek na szańcach. Obmyśliłem taki sposób, jaki bywa do zapalania okrętów używany: szmaty moczą się już w smole i mam nadzieję, że jutro do południa spalę te wszystkie roboty.
— Ha! — rzekł mały rycerz. — To ja wycieczkę poprowadzę. Przy pożarze i tak się uczyni konfuzja, a przy tym w dzień do głowy im nie przyjdzie, by wycieczka mogła nastąpić. Jutro może być lepsze niż dziś, Ketling…
Tak to oni rozmawiali mając serca wezbrane, po czym udali się na spoczynek, bo wielce byli znużeni. Lecz mały rycerz nie spał trzech godzin, gdy rozbudził go wachmistrz Luśnia.
— Panie komendancie, nowiny są! — rzekł.
— Co tam? — zawołał czujny żołnierz zrywając się w jednej chwili na równe nogi.
— Pan Muszalski jest!
— Dla Boga! Co powiadasz?
— Jest! Stałem przy wyłomie, wtem słyszę, woła ktoś z drugiej strony po naszemu: „Nie strzelać, to ja!” Patrzę, aż tu pan Muszalski, za janczara przebrany, wraca!
— Bogu chwała! — rzekł mały rycerz.
I skoczył witać łucznika. Dniało już. Pan Muszalski stał z tej strony wału w białej kapuzie i karacenie, tak do prawdziwego janczara podobny, że oczom nie chciało się wierzyć. Ujrzawszy małego rycerza skoczył ku niemu i poczęli się witać radośnie.
— Jużeśmy waści opłakali! — zawołał Wołodyjowski.
Wtem nadbiegło kilku innych oficerów, między nimi Ketling. Wszyscy zdumiewali się nadzwyczajnie, za czym jęli wypytywać na wyścigi łucznika, jakim sposobem w tureckim przebraniu się znalazł, ów zaś zabrał głos i tak mówił:
Źródło tekstu: Wolne Lektury.