lektury on-line

Kategorie

Pan Wołodyjowski - Henryk Sienkiewicz - Strona 215

— Widziałam! Bardzo był radosny!
— A co dopiero będzie, kiedy pozwoleństwo od pana Nowowiejskiego otrzyma!
— Oj! Co mnie jeszcze czeka! Dziej się wola boża! Chociaż serce zamiera we mnie, gdy o ojcu pomyślę. Nuż zakrzyknie, nuż się zatnie i pozwoleństwa odmówi? Będę się miała potem z pyszna, gdy do domu wrócim.
— Wiesz, Ewka, co ja myślę?
— A co?
— Bo to z Azją nie ma żartów! Brat twój mógłby się siłą sprzeciwić, ale ojciec twój komendy nie ma. Otóż ja myślę, że jeśli od razu się zatnie, to cię Azja i tak weźmie.
— Jakże to?
— Ot, po prostu, porwie cię. Mówią, że z nim nie ma żartów… Tuhaj-bejowa krew… Weźmiecie ślub u pierwszego księdza po drodze… Gdzie indziej to trzeba zapowiedzi, metryk, pozwoleństwa, ale tu dzikie strony, tu wszystko trocha po tatarsku…
Rozjaśniła się twarz Ewki.
— Tego się boję! Azja gotów na wszystko, tego się boję! — rzekła.
A Baśka, zwróciwszy głowę, popatrzyła na nią bystrzej i nagle wybuchła swym dźwięcznym, dziecinnym śmiechem.
— Tak ty się tego boisz jako właśnie mysz słoninki! O! Znają cię!
Ewka, zarumieniona od chłodnego powietrza, zarumieniła się jeszcze bardziej i odrzekła:
— Przekleństwa ojcowskiego bym się bała, a wiem, że Azja gotów na nic nie zważać.
— Bądź dobrej myśli — rzekła jej na to Basia. — Prócz mnie masz brata do pomocy. Prawdziwe amory zawsze postawią na swoim. Powiedział mi to pan Zagłoba wtedy jeszcze, kiedy Michałowi ani się śniło o mnie.
I rozgadawszy się poczęły na wyścigi mówić, jedna o Azji, druga o swoim Michale. Tak upłynęło parę godzin, póki karawana nie zatrzymała się na pierwszy krótki popas w Jaryszowie. Z miasteczka, zawsze dość nędznego, została po inkursji chłopskiej jedna tylko karczma, którą odrestaurowano od czasu, jak częste przechody żołnierskie zysk poczęły obiecywać pewny.
Basia i Ewka znalazły w niej przejezdnego kupca ormiańskiego, rodem z Mohilowa, któren wiózł safiany do Kamieńca.
Azja chciał go wyrzucić na dwór wraz z Wołochami i Tatarami, którzy mu towarzyszli, lecz niewiasty pozwoliły mu pozostać i tylko sama straż musiała się usunąć. Kupiec dowiedziawszy się, że podróżna pani jest panią Wołodyjowską, począł bić jej czołem i pod niebiosa męża jej wysławiać, czego słuchała z radością wielką.
Na koniec poszedł do wiuków i wróciwszy ofiarował jej czuhub osobliwszych bakalii i małe puzderko pełne wonnej driakwi tureckiej, wielce przeciw różnym chorobom pomocnej.
— To ja przez wdzięczność składam — mówił. — Już my tu wcale przedtem z Mohilowa nie śmieli głowy wychylić, tak Azba-bej grasował i tylu zbójów we wszystkich jarach i po tamtej stronie w odojach siedziało, a teraz droga bezpieczna i targ bezpieczny. Teraz my znowu jeździm. Niech Bóg pomnoży dni chreptiowskiego komendanta, a każdy dzień uczyni tak długim, aby wystarczył na drogę z Mohilowa do Kamieńca, a każdą godzinę dnia niech także tak przydłuży, by się dniem wydawała. Nasz komendant, pan pisarz polny, woli w Warszawie siedzieć, a pan komendant chreptiowski sam czuwał i zbójów wymiótł tak, iż teraz milsza im śmierć od Dniestru.
Kategorie: Pozytywizm
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia