lektury on-line

Kategorie

Pan Wołodyjowski - Henryk Sienkiewicz - Strona 272

Złocony wóz wiózł panią pod namiotem z purpurowego tyftyku, za nim szły inne wozy i białe syryjskie wielbłądy, także purpurą kryte, juki niosące. Hurysy i bajadery śpiewały jej pieśni przez drogę. Słodkie tony cichych instrumentów odzywały się natychmiast, gdy zmęczona drogą, przymykała jedwabiste zasłony swych oczu — i kołysały ją do snu. W czasie znoju dziennego powiewały nad nią wachlarze z piór strusich i pawich; wschodnie bezcenne wonie płonęły w indyjskich czarach przed jej namiotami. Towarzyszyły jej wszystkie skarby, cuda i bogactwa, na jakie tylko Wschód i potęga sułtańska zdobyć się mogły. Hurysy, bajadery, czarni rzezańce, służebne, do aniołów podobne pacholęta, syryjskie wielbłądy, konie z pustyń Arabii, słowem, cały orszak połyskiwał od bisiorów, lam, złotogłowiów, lśnił się jak tęcza od diamentów, rubinów, szmaragdów i szafirów. Padały przed nim na twarz narody nie śmiąc spojrzeć w to oblicze, do którego jeden tylko padyszach miał prawo — i zdawał się ów orszak albo nadziemskim widzeniem, albo rzeczywistością przez samego Allacha ze świata tych widzeń i sennej ułudy na ziemię przeniesioną.
Lecz słońce grzało coraz silniej i nadeszły nareszcie dni znojne. Więc pewnego wieczora zaciągnięto chorągiew na wysoki maszt przed sułtańskim namiotem i wystrzał z działa zwiastował wojskom i ludom, iż pochód do Lechistanu się rozpoczyna. Zahuczał wielki święty bęben, huknęły wszystkie inne, ozwały się przeraźliwymi głosami piszczałki, zawyli pobożni półnadzy derwisze i rzeka ludzka ruszyła pod noc, dla uniknięcia słonecznego skwaru. Ale samo wojsko miało dopiero w kilka godzin od ogłoszenia pierwszego hasła wyruszyć. Najpierw poszedł tabor, poszli ci baszowie, którzy spyżę dla wojska obmyślali, poszły legie całe rzemieślników, którzy mieli rozpinać namioty, poszły stada już to juczne, już na rzeź przeznaczone. Pochód miał trwać sześć godzin i tej nocy, i następnych, a zaś odbywać się w takim porządku, aby żołnierz przyszedłszy na postój zastawał zawsze posiłek i spoczynek zapewniony.
Gdy wreszcie nadszedł czas ruszyć i na wojsko, sułtan wyjechał na wzgórze, aby całą swą potęgę okiem objąć i widokiem jej się nacieszyć. Był z nim wezyr i ulemowie, i młody kajmakan, Kara Mustafa, „wschodzące słońce wojny”, i straż z kompanii „polachskiej” piechoty złożona. Noc była pogodna i widna; księżyc świecił bardzo jasno — i mógłby sułtan objąć okiem wszystkie swoje zastępy, gdyby nie to, że żadne oko ludzkie nie zdołałoby ich naraz ogarnąć, bo rozciągnąwszy się w pochodzie, choć idąc dość ciasno, kilka mil zajmowały.
Jednakże radował się w sercu i przesuwając wonne, z sandałowego drzewa paciorki różańca, wznosił oczy ku niebu w podzięce Allachowi, iż go panem tylu wojsk i tylu ludów uczynił.
Nagle, gdy już czoło taboru zasunęło się w dal prawie zupełnie, przerwał modlitwę i zwróciwszy się do młodego kajmakana Czarnego Mustafy, rzekł:
— Przepomniałem, kto idzie w przedniej straży?
Kategorie: Pozytywizm
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia