— No, no! Obaczym jeszcze, czy ci animuszu stanie, jak przyjdzie co do czego! — odparł uśmiechając się mały rycerz.
— Albo jeżeli się którego z nas za połę nie ułapisz! — skończył Zagłoba.
— Obaczym! — rzekła z oburzeniem Basia.
Tak rozmawiając wjechali w okolicę tu i ówdzie chaszczami pokrytą. Do brzasku było już niedaleko, ale tymczasem uczyniło się ciemniej, bo księżyc zaszedł. Od ziemi poczynał też wstawać lekki opar i przesłaniać dalsze przedmioty. W owej leciuchnej mgle i mroku majaczące opodal zarośla przybierały w podnieconej wyobraźni Basi kształty żywych istot. Nieraz zdawało się jej, że widzi wyraźnie ludzi i konie.
— Michale, co to jest? — pytała szepcąc i ukazując palcem na majak.
— Nic, krze.
— Myślałam, że jeźdźcy. Prędko zajedziem?
— Za jakie półtorej godziny to się i rozpocznie.
— Ha!
— Boisz się?
— Nie, jeno mi serce bije z wielkiej ochoty! Miałabym się bać! Nic a nic! Patrz, jaki tu szron leży… Widać, choć ciemno.
Rzeczywiście wjechali na szmat stepu, na którym długie i wyschłe łodygi burzanów szronem siwym były pokryte. Pan Wołodyjowski spojrzał i rzekł:
— Tędy Motowidło przechodził. Nie dalej jak o pół mili musi leżeć przytajony. Świta już!
Jakoż robił się pierwszy brzask. Pomroka rzedła. Niebo i ziemia stawały się szare, powietrze bladło, czuby drzew i zarośli powłóczyły się jakby srebrem. Dalsze kępy poczęły się odsłaniać, jakoby kto zasłonę kolejno podnosił.
Wtem z bliższej kępy wychylił się nagle jeździec na koniu.
— Pana Motowidły? — spytał Wołodyjowski, gdy semen osadził konia tuż przy nim.
— Tak jest, wasza miłość!
— Co słychać?
— Przeszli Sierocy Bród; potem kierując się na ryk wołów poszli ku Kałusikowi. Woły pobrali i stoją na Jurkowym polu.
— A gdzie pan Motowidło?
— Założył od wzgórza, a pan Mellechowicz od Kałusika. Inne chorągwie nie wiem.
— Dobrze — rzekł Wołodyjowski — ja wiem; ruszaj do pana Motowidły i każ zamykać. A pojedynczych ludzi niech rozsypie na pół drogi od pana Mellechowicza. Ruszaj!
Semen położył się na kulbace, ruszył, aż śledziona w koniu z miejsca zagrała, i wkrótce zniknął. Oni zaś pojechali dalej, jeszcze ciszej, jeszcze ostrożniej… Rozwidniło się tymczasem zupełnie. Mgła, która o brzasku wstała była od ziemi, opadła całkiem na dół, a na wschodniej stronie nieba ukazała się długa wstęga świetlista i różowa, której światło i różowość poczęły zabarwiać powietrze, wzgórza, zręby odległych jarów i szczyty.
Wtem do uszu jeźdźców doszły od strony Dniestru liczne zmieszane krakania i wysoko przed nimi ukazało się lecące ku zorzy ogromne stado kruków. Pojedyncze ptaki odrywały się co chwila od stada i zamiast lecieć wprost przed się poczynały zataczać nad stepem koła, jak czynią upatrując zdobyczy kanie i jastrzębie.
Pan Zagłoba podniósł szablę do góry, ukazał ostrzem na kruki i rzekł do Basi:
Źródło tekstu: Wolne Lektury.