lektury on-line

Kategorie

Pan Wołodyjowski - Henryk Sienkiewicz - Strona 123

Potem wdział na się przy pomocy pachołka tuzłuczek wyporkami podbity, na chłody wieczorne wyborny, i ruszać kazał, lecz ledwie pochód się rozpoczął, na przeciwległym wzgórzu ukazało się pięciu jeźdźców.
Lipkowie rozstąpili się im zaraz.
— Michał! — krzyknęła Basia widząc pędzącego na czele.
I rzeczywiście był to Wołodyjowski, który w kilka koni na spotkanie żony wyjechał.
Skoczywszy do siebie, poczęli się witać z wielką radością, a następnie opowiadać sobie, co się im wzajemnie przez czas rozłąki przygodziło.
Opowiadała więc Basia, jak im droga poszła i jako pan Mellechowicz „rozum sobie o kamienie nadwerężył” — a mały rycerz zdawał sprawę z czynności swych w Chreptiowie, w którym, jak zapewniał, wszystko już stoi i na przyjęcie czeka, bo pięćset siekier przez trzy tygodnie nad budynkami pracowało.
Podczas tej rozmowy rozkochany pan Michał przechylał się co chwila z kulbaki i brał młodą żonę w ramiona, która widać nie bardzo gniewała się o to, bo jechała tuż przy nim, tak że ich konie niemal ocierały się bokami.
Koniec podróży był już niedaleki, ale tymczasem zapadła noc pogodna, której przyświecał miesiąc wielki i złoty. Bladł on jednak coraz bardziej, w miarę jak od stepu ku niebu się podnosił, a w końcu blask jego przyćmiła łuna, która jaskrawym światłem zapłonęła przed karawaną.
— Co to jest? — pytała Basia.
— Obaczysz — rzekł poruszając wąsikami Wołodyjowski — jak ów tylko borek przejedziem, który od Chreptiowa nas dzieli.
— To już Chreptiów?
— Widziałabyś go jako na dłoni, jeno drzewa zasłaniają.
Wjechali w lasek, lecz nim dojechali do połowy, na drugim jego końcu ukazał się rój świateł niby rój czerwi świętojańskich albo gwiazd migotliwych! Gwiazdy owe poczęły się zbliżać z wielką szybkością i nagle cały borek zatrząsł się od gromkich okrzyków:
— Vivat, nasza pani! Vivat, wielmożna komendantowa! Vivat, vivat!
Byli to żołnierze, którzy biegli Baśkę powitać. Setki ich pomieszały się w jednej chwili z Lipkami. Każdy trzymał na długim drążku płonące łuczywo osadzone w rozszczypanym tego drążka końcu. Niektórzy nieśli na tykach żelazne kagańce, z których płonąca żywica spadała na ziemię w postaci długich łez ognistych.
Wnet otoczyły Basię tłumy twarzy wąsatych, groźnych, nieco dzikich, ale rozpromienionych radością. Większa ich część nie widziała Basi nigdy w życiu, wielu wyobrażało sobie, iż stateczną ujrzą już niewiastę, więc radość ich stała się tym większa na widok tego prawie dziecka, które jadąc na białym dzianeciku schylało w podzięce na wszystkie strony swoją cudną twarz różową, drobniuchną, radosną, a zarazem zmieszaną bardzo tak niespodzianym przyjęciem.
— Dziękuję waszmościom — ozwała się Basia — wiem, że to nie dla mnie…
Ale srebrzysty jej głosik zginął w wiwatach, a od okrzyków drżał bór.
Kategorie: Pozytywizm
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia