lektury on-line

Kategorie

Pan Wołodyjowski - Henryk Sienkiewicz - Strona 226

A dzianet mknął i mknął; cudownym wiedzion instynktem, przeskakiwał wyrwy, omijał gibkim ruchem wyskakujące kanty skał, aż wreszcie kamienny pokład przestał dzwonić pod jego kopytami: widocznie wpadł na jeden z tych otwartych „ługów”, które tu i owdzie ciągnęły się między jarami.
Pot go okrywał, nozdrza poczęły oddychać głośno, lecz biegł i biegł.
„Dokąd uciekać?” — pomyślała Basia.
I w tej chwili odpowiedziała sobie:
„Do Chreptiowa!”
Lecz nowa trwoga ścisnęła jej serce na myśl o tej dalekiej przez straszne pustynie wiodącej drodze. Natychmiast też przypomniało się jej, że Azja pozostawiał oddziały Lipków w Mohilowie i Jampolu. Niezawodnie, wszyscy Lipkowie byli zmówieni; wszyscy służyli Azji, a zatem schwytaliby ją niechybnie i odwiedli do Raszkowa, należało zatem zapuścić się głęboko w step i dopiero obrócić na północ, omijając naddniestrzańskie osady.
Należało postąpić tak tym bardziej, że jeśli będzie pościg, to pójdzie niezawodnie brzegiem, a tymczasem na szerokich stepach można będzie spotkać którą z polskich komend wracającą do fortalicji.
Bieg dzianeta wolniał stopniowo. Basia będąc doświadczonym jeźdźcem zrozumiała natychmiast, że trzeba dać mu czas wytchnienia, inaczej padnie. A czuła i to, że jeśli zostanie wśród tych pustyń bez konia, to jest zgubiona.
Wstrzymała więc bieg i czas jakiś jechała stępą. Mgła rzedła, ale z biednego dzianeta podnosiła się chmurą gorąca para.
Basia poczęła się modlić.
Nagle rżenie końskie ozwało się wśród mgły o kilkaset kroków za nią. Wówczas włosy zjeżyły się jej na głowie.
— Mój padnie, ale i tamte padną! — rzekła głośno.
I znów pomknęła.
Czas jakiś dzianet biegł lotem gołębia ściganego przez raroga i biegł znów długo, prawie do ostatka sił, lecz rżenie odzywało się ciągle za nim w oddali. Było w tym rżeniu dochodzącym z tumanu coś zarazem niezmiernie tęsknego i groźnego. Jednakże po pierwszej chwili trwogi przyszło Basi na myśl, że gdyby na tym ścigającym ją koniu siedział ktokolwiek, to by ów koń nie rżał, bo jeździec nie chcąc zdradzać pościgu zahamowałby rżenie.
„Nie może być, tylko to bachmat Azji bieży za moim” — pomyślała Basia.
Dla ostrożności wyciągnęła obie krócice z olster, lecz była to zbytnia ostrożność. Po chwili zaczerniało coś w rzednącej mgle i bachmat Azjów nadbiegł z rozwianą grzywą i rozdętymi chrapami. Ujrzawszy dzianeta począł zbliżać się ku niemu w podskokach, wydając krótkie i urywane rżenie, a dzianet odpowiedział mu natychmiast.
— Łosz! Łosz! — zawołała Basia.
Zwierz, przyuczony do ręki ludzkiej, zbliżył się i pozwolił schwytać się za uzdę. Basia podniosła oczy ku niebu i rzekła:
— Opieka boska!
Rzeczywiście schwytanie Azjowego rumaka było dla niej okolicznością ze wszech miar pomyślną.
Kategorie: Pozytywizm
Źródło tekstu: Wolne Lektury.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia