— Myślała pewnie, żeś się wściekł jak pies — rzekła Mary zupełnie bez zapału.
— Wszystko mi jedno, co myślała — odparł, marszcząc czoło.
— Ciekawa jestem, dlaczegoś nie skrzeczał i nie gryzł, gdym ja weszła do twego pokoju? — rzekła Mary, po czym zaczęła się uśmiechać.
— Myślałem, żeś albo duch, albo sen — odparł. — Nie można ugryźć ani ducha, ani snu, a z krzyku nic sobie nie robią.
— Czy nie mógłbyś znieść, gdyby… gdyby chłopiec jaki na ciebie patrzał? — pytała Mary nieśmiało.
Chłopczyk leżał na swych poduszkach i milczał zamyślony.
— Jest chłopiec jeden — zaczął mówić z wolna, jakby ważąc każde słowo — jest chłopiec jeden, którego wzrok nie byłby mi przykry. To ten chłopiec, który wie, gdzie mieszkają lisy: Dick.
— Jestem pewna, że on by nie był przykry — rzekła Mary.
— Wszak go się nie boją ani ptaki, ani inne zwierzęta — rzekł Colin, wciąż ważąc każde słowo — może i ja dla tego samego nie będę się bał jego wzroku. On jest jakby czarodziejem zwierząt, a ja jestem chłopiec-zwierzę.
Począł się śmiać, Mary śmiała się także; w rzeczy samej skończyło się na serdecznym śmiechu, a pomysł „chłopca-zwierzątka” chowającego się w swej norze, ubawił ich szczerze.
Mary zaś doznała miłego uczucia, że co do Dicka, to może być o niego spokojna.
Owego pierwszego ranka, gdy niebo się wypogodziło, Mary obudziła się bardzo wcześnie. Słońce wpadało do pokoju ukośnymi strugami przez story, a było w tym świetle tyle jakiegoś wesela, że dziewczynka wyskoczyła z łóżka i pobiegła do okna. Odsunęła story, otworzyła okno, a świeże, wonne powietrze falą ciepłą ją ogarnęło. Step błękitniał, a świat cały wyglądał jak zaczarowany. W powietrzu tu i ówdzie drgały jakieś ledwo dosłyszalne, a przecież wyraźne, czarowne tony i głosy, jakby setki ptaków nastrajały gardziołka, przygotowując się do rozpoczęcia koncertu wiosennego. Mary wyciągnęła rękę za okno i trzymała ją chwilę w słońcu.
— Jak ciepło! Jak ciepło! — zawołała. — Moje kiełki będą rosnąć i rosnąć, i rosnąć, a cebulki i korzenie dopieroż teraz zaczną w ziemi pracować!
Wychyliła się z okna, jak mogła najwięcej, oddychając pełną piersią i wciągając nozdrzami woń powietrza, aż naraz poczęła się śmiać, przypomniało się jej bowiem to, co matka Dicka mówiła o końcu jego nosa, który się porusza tak, jak królikowi.
„Musi być chyba jeszcze bardzo wcześnie — pomyślała. — Obłoczki się różowią i nie widziałam dotąd nigdy takiego koloru nieba. Nikt nie wstał, nawet chłopców stajennych nie słychać”.
Nagłą myślą tknięta zerwała się na równe nogi.
— Nie mogę czekać dłużej. Pójdę obejrzeć ogród!
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Jadwiga Włodarkiewiczowa.