Colin obserwował wszystko, przyglądając się każdej zaszłej zmianie. Co rano przywozili go tutaj i o ile nie padało, spędzał w ogrodzie dnie całe. Lubił nawet dnie pochmurne. Pragnął leżeć na trawie i przyglądać się, „jak wszystko rośnie” — mawiał. Dodawał przy tym, że jak się umie bacznie przyglądać, to dostrzec można, jak się pączki rozwijają. Można było również zaznajomić się z całym światkiem pracowitych owadów, biegających tu i tam po różnych, nieznanych ścieżkach, noszących często małe źdźbła trawy, pierza lub pożywienia lub wdrapujących się na trawy, jakby to były drzewa, skąd wzrokiem objąć można, co się dzieje w okolicy. Pewnego razu cały ranek zajęła Colinowi obserwacja kreta budującego sobie na końcu ganku swego podziemnego szaniec uzbrojonymi w długie pazurki łapkami, tak podobnymi do rąk elfów. Obyczaje mrówek, chrząszczy, pszczół, żab, ptaków, roślin, dawały mu do badania świat całkiem nowy. A gdy Dick odkrył mu i dodał obyczaje lisów, wydr, łasic, wiewiórek, pstrągów, szczurów wodnych, borsuków — nie było końca tematom do rozmów i rozmyślań.
A to jeszcze ani połowa czarów nie była. Ów fakt, że istotnie stanął na własnych nogach, dał Colinowi pole do strasznego napięcia umysłu, a gdy Mary wyjawiła mu, jak go zażegnywała, jak czary nań również rzucała — podniecił się i bardzo ją pochwalił. Wciąż o tym mówił.
— Naturalnie, że w świecie musi być mnóstwo czarów — rzekł z powagą dnia jednego — ale ludzie nie wiedzą, jak one wyglądają i jak je czynić. Być może, iż trzeba zacząć od tego, by wmawiać, że stanie się coś dobrego, dopóki się to naprawdę nie stanie. Muszę spróbować i robić doświadczenia.
Dnia następnego, gdy poszli do tajemniczego ogrodu, posłał natychmiast po Bena Weatherstaffa. Stary ogrodnik przyszedł, jak mógł najprędzej i ujrzał radżę stojącego pod drzewem i wyglądającego ślicznie z uśmiechem na ustach.
— Dzień dobry, Benie Weatherstaff! — powiedział. — Chciałbym, żebyście z panną Mary i Dickiem wszyscy stanęli tu rzędem, bowiem chcę wam powiedzieć coś bardzo ważnego.
— Wedle rozkazu, sir! — odrzekł Ben, dotykając czoła. (Jedną z długo ukrywanych zalet Bena Weatherstaffa było to, iż jako chłopiec służył kiedyś na okręcie i odbywał podróże. Umiał więc odpowiadać jak żeglarze).
— Chciałbym popróbować naukowego doświadczenia — tłumaczył tymczasem radża. — Gdy dorosnę, będę robił wielkie naukowe odkrycia, teraz zaś rozpocznę tym doświadczeniem.
— Wedle rozkazu, sir! — spiesznie rzekł Ben Weatherstaff, choć dopiero pierwszy raz w życiu słyszał o doświadczeniach naukowych.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Jadwiga Włodarkiewiczowa.