lektury on-line

Kategorie

Tajemniczy ogród - Frances Hodgson Burnett - Strona 111

Na pierwszy dźwięk potoku słów Bena, Colin był tak zdumiony, że usiadł i słuchał, jak zamagnetyzowany. Po krótkiej jednak chwili opamiętał się i rozkazująco skinął na Dicka.
— Zawieź mnie tam natychmiast! — rozkazał. — Podwieź mnie zupełnie blisko i ustaw prosto twarzą w twarz z tym starym!
I to właśnie było przyczyną, dla której Ben Weatherstaff tak szeroko usta ze zdziwienia otworzył. Zbliżać się począł ku niemu fotel na kółkach, wyłożony przepysznymi poduszkami i pledami, a wyglądający na ekwipaż dworski, bowiem wewnątrz siedział rozparty młody radża o majestatycznym wyrazie wielkich, ciemno ocienionych oczu i wyciągał ku staremu cienką, białą rękę ruchem rozkazującym. Fotel zatrzymał się pod samym nosem Bena. Nic dziwnego, że ten usta otworzył.
— Czy wiecie, kto jestem? — spytał radża.
Jak też Ben Weatherstaff patrzał! Stare swe, zmrużone zaczerwienione oczy utkwił w zjawisku, które miał przed sobą, jakby ujrzał ducha. Patrzał, połykał ślinę i słowa nie odrzekł.
— Czy wiecie, kto jestem? — pytał Colin coraz bardziej rozkazująco. — Odpowiedzcie!
Ben Weatherstaff spracowaną, grubą dłonią przetarł oczy, czoło, po czym odparł głosem drżącym:
— Kto panicz jest? — powiedział. — Oj, wiem ci dobrze, wiem, kto, skoro z panicza twarzy matki oczy na mnie patrzą. Pan Bóg chyba wie, jakim sposobem się tu panicz dostał. Aleć to przecie nasz panicz, biedny kaleka.
Colin zapomniał, że w ogólności miał kiedykolwiek plecy. Twarz mu stanęła w pąsach i nagłym ruchem usiadł prosto.
— Nie jestem wcale kaleką! — wykrzyknął wściekły. — Wcale a wcale.
— Nie jest, nie! — wołała Mary, krzycząc z oburzeniem. — Colin nie ma garbu nawet takiego jak główka od szpilki! Przecież patrzałam własnymi oczyma: plecy ma najzdrowsze na świecie!
Ben Weatherstaff znów oczy przetarł i patrzał ciągle, jakby się napatrzyć nie mógł. Drżały mu ręce, drżały wargi, drżał głos. Biedny stary nie wiedział o niczym, powtarzał tylko to, co słyszał od innych.
— To… to panicz nie ma garbu? — wyrzekł ochryple.
— Nie! — wybuchnął Colin.
— I nie jest panicz kulawy? — skrzeczał dalej ochryple stary.
Tego już było nadto! Ta sama moc, która zwykle przyprawiała Colina o „napady”, objawiła się w tej chwili w całkiem nowy sposób. Nigdy dotąd nie był posądzony o kalectwo nóg — nawet w szeptach — i proste i szczerze wypowiedziane przekonanie Bena to było więcej, niż znieść mogła krew radży. Złość i obrażona duma kazały mu zapomnieć o wszystkim i dały nieznaną mu przedtem moc i wprost nienaturalną siłę.
— Chodź tutaj! — krzyknął na Dicka i począł zrzucać z nóg pledy i okrycia. — Chodź tutaj! Chodź zaraz!
Dick w sekundę był przy nim. Mary oddychała prędko i blada była jak płótno.
— Będzie mógł stanąć! Będzie mógł stanąć! Będzie mógł, będzie! — bełkotała do siebie wzruszona.
Krótki, dziki wysiłek — pledy zrzucono na ziemię, Dick trzymał Colina za ramię, cienkie nóżki wysunęły się i stanęły na trawie. Chłopczyk stanął prosto — prosto jak strzała, wyglądał dziwnie wysoki, głowę w tył odrzucił, oczy jego ciskały błyskawice.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Jadwiga Włodarkiewiczowa.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia