— Przypatrzcie mi się! — krzyknął na Bena Weatherstaff. — Przypatrzcie się! No, dalej!
— Taki panicz prosty jak ja! — zawołał Dick. — Taki prosty jak wszyscy chłopcy w Yorkshire!
To, co uczynił Ben Weatherstaff, wydało się Mary ponad miarę dziwnym. Sapał, połykał ślinę i naraz łzy poczęły płynąć po jego pomarszczonej twarzy, ręce złożył jak do modlitwy.
— Hej! — wybuchnął. — Jak też to ludzie kłamią! Cienki panicz jak patyczek, a blady jak widmo, ale prościuchny jak trzcina. Wyrośnie panicz na ludzi! Bogu dzięki! Bogu dzięki!
Dick silnie podtrzymywał ramię Colina, lecz chłopiec nie osłabnął. Stawał coraz prościej, coraz pewniej i patrzał Benowi prosto w oczy.
— Gdy nie ma ojca, to ja jestem waszym panem — mówił. — Musicie mnie słuchać. To mój ogród. Żebyście mi się nie ważyli słówka komukolwiek pisnąć! Zleźcie zaraz z tej drabiny i idźcie w Wielką Aleję, a panna Mary przyprowadzi was tutaj. Chcę z wami pomówić. Nie pragnęliśmy was wcale, ale skoroście już tu weszli, to musicie należeć do naszej tajemnicy. Dalej, prędko!
Pomarszczona, stara, biedna twarz Bena wciąż mokra była od łez. Zdawało się, że oczu oderwać nie może od szczupłej, wyprostowanej postaci Colina stojącego z dumnie podniesionym czołem.
— Moje dziecko! — wyszeptał. — Moje dziecko drogie! — Potem naraz opamiętując się, rękę do czapki przyłożył, wyrzekł: — Do usług panicza, do usług! — i posłusznie zniknął z oczu, schodząc z drabiny.
Rozdział XXII. O zachodzie słońca
Gdy głowa starego zniknęła za murem, Colin zwrócił się do Mary:
— Idź na jego spotkanie — powiedział; a Mary pospieszyła poprzez trawnik do ukrytych drzwi.
Dick przyglądał się bacznie chłopcu. Miał wypieki na twarzy, wyglądał na zdumionego, lecz nie znać po nim było osłabienia.
— Mogę stać — wyrzekł z głową podniesioną i rodzajem dumy w głosie.
— Przecież paniczowi mówiłem, że będzie mógł stać i chodzić, jak się przestanie bać — odrzekł Dick. — No i przestał się przecież bać.
— Tak jest, przestałem — przyznał Colin.
Nagle przypomniał sobie coś, o czym nieraz wspominała Mary.
— Czy ty czarujesz? — spytał ostro.
Usta Dicka rozszerzyły się w uśmiechu.
— Panicz sam czaruje — odparł. — To takie same czary jak owe tu, które każą tym oto pod ziemią pracować — i wskazał butem na klomb krokusów.
Colin spojrzał na nie.
— O, tak — wolno wyrzekł. — Tak! Nie ma chyba większych nad to czarów na świecie.
Wyprostował się mocniej jeszcze.
— Poczekaj, pójdę do tego drzewa — rzekł, wskazując na oddaloną o kilka kroków lipę. — Chcę stać, gdy tu Ben Weatherstaff wejdzie. Mogę się w razie potrzeby oprzeć o drzewo. Jak będę chciał usiąść, to usiądę, ale mi wprzódy przynieś pled z fotela.
Poszedł do drzewa i dziwnie pewnie kroczył, jakkolwiek Dick podtrzymywał jego ramię. Gdy stanął pod lipą, nie było wcale widoczne, że oparty był o jej pień, a trzymał się tak prosto, że wydawał się nad wiek swój wysoki.
Skoro Ben Weatherstaff drzwi ogrodu przekroczył, ujrzał go stojącego i usłyszał, jak Mary mruczała coś pod nosem.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Jadwiga Włodarkiewiczowa.