lektury on-line

Kategorie

Tajemniczy ogród - Frances Hodgson Burnett - Strona 109

Mary była pewna, że Dick ma na myśli czary. Ona sama ogromnie w czary wierzyła. W głębi duszy była przekonana, że Dick czarował — naturalnie w poczciwy sposób, ale zawsze czarował wszystko naokoło siebie i oto dlatego tak go wszyscy lubili, a zwierzęta wiedziały, że jest ich przyjacielem. Myślała sobie, że to bardzo prawdopodobne, że on swą siłą sprowadził gila w najdrażliwszym momencie, gdy Colin mógł zadać pytanie, na które trudno byłoby dać mu odpowiedź. Czuła, że czar Dicka działał całe popołudnie i czynił z Colina zupełnie innego chłopca. Zdawało się trudne do uwierzenia, by mógł być owym zbzikowanym stworzeniem wrzeszczącym wniebogłosy, bijącym i rzucającym poduszkami. Nawet bladość jego zdawała się zmieniać. Lekki rumieniec, który mu zabarwił twarz, szyję, ręce, gdy pierwszy raz znalazł się w ogrodzie, pozostawił naprawdę ślady po sobie. Wyglądał na dziecko z ciała i krwi, nie zaś z wosku lub kości słoniowej.
Widzieli, jak gil kilka razy przynosił pożywienie samiczce i tak to silnie poddało Colinowi myśl o podwieczorku, że koniecznie go zapragnął spożyć.
— Idź do domu i powiedz któremukolwiek ze służących, by nam w koszyku przyniósł podwieczorek do alei rododendronowej — mówił do Mary. — A potem wy oboje z Dickiem tutaj go przyniesiecie.
Myśl ta się spodobała; wykonanie było łatwe, a gdy rozłożono obrus biały na trawie i podano gorącą herbatę i sucharki oraz grzaneczki z masłem, rzucili się na to wszystko z radosną żarłocznością; ptaszki poczęły zatrzymywać się opodal, by sprawdzić, co się to tutaj dzieje, po czym skwapliwie zabierały się do sprzątania resztek. Orzeszek i Łupinka skakały po drzewach z kawałkiem ciasta w pyszczkach, Sadza zaś porwała cały kawałek chleba z masłem, uciekła z nim do kąta i dziobała, i przyglądała mu się, i odwracała na wszystkie strony, i ochrypłym głosem robiła uwagi, aż wreszcie zdecydowała się połknąć go od razu.
Dzień poczynał się mieć ku schyłkowi. Złoto promieni słonecznych stawało się coraz czerwieńsze, pszczółki wróciły do ula, śpiew ptasząt począł milknąć. Dick i Mary siedzieli na trawie, koszyk z podwieczorkiem gotów był do zabrania z powrotem, Colin zaś leżał wsparty na poduszkach, loki miał z czoła odgarnięte, cerę twarzy normalną.
— No, dzisiaj chyba już czas do domu — powiedział — ale wrócę tu jutro i pojutrze, i popojutrze.
— Pragniesz teraz dużo świeżego powietrza, prawda? — mówiła Mary.
— Niczego innego już nie pragnę — odparł. — Widziałem teraz wiosnę i zobaczę lato. Będę patrzał, jak tutaj wszystko się rozwija. Sam tu będę rosnąć i rozwijać się.
— Oj, co to, to prawda! — rzekł Dick. — Chcielibyśmy oboje, żeby tu panicz biegał i kopał jak wszyscy ludzie.
Colin zaczerwienił się straszliwie.
— Biegać! Kopać! Czyż to możliwe? — zawołał.
Dick spojrzał na niego z przezorną delikatnością. Ani on, ani Mary nie pytali nigdy, co mu jest w nogi.
— Naturalnie, że możliwe — odpowiedział z przekonaniem. — Pan Bóg dał paniczowi takie same nogi jak innym!
Mary przestraszyła się; uspokoiła ją odpowiedź Colina.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Jadwiga Włodarkiewiczowa.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia