Colin brwi zmarszczył i kilka chwil rozmyślał. Potem uśmiechnął się i rzekł:
— Zatem widzicie, że coś z tego wyniknąć musi. Tylko ta kobieta źle używała czarów, tak że ją mąż ostatecznie wybił. Gdyby była użyła czarów dobrych i powtarzała mu coś ładnego, to może nie byłby się upił jak lord, a może natomiast byłby jej kupił nowy czepek.
Ben Weatherstaff roześmiał się, a w małych jego oczach malowało się uwielbienie.
— Z panicza zarówno rozumny chłopiec, jak i prosty i ze zdrowymi nogami — powiedział. — Jak na przyszły raz zobaczę Bessy Fettleworth, to jej napomknę coś o tym, co czary mogą dla niej uczynić. Byłaby okropnie kontenta, żeby te „doświadczone nauki” dobrze im zrobiły.
Dick stał, przysłuchując się mowie Colina, a oczy błyszczały mu z podziwu i radości. Orzeszek i Łupinka siedziały mu na ramieniu, na ręku zaś piastował białego królika z długimi uszami i głaskał go, głaskał, podczas gdy królik uszy kładł po sobie i przeciągał się zadowolony.
— Czy sądzisz, że doświadczenie się uda? — zapytał go Colin, chcąc wiedzieć, co Dick o tym myśli. Nieraz rad by był wiedzieć, co myśli, gdy patrzał na niego lub na swoje „stworzonka” z tym swoim uśmiechem promiennym.
Teraz też się uśmiechnął, a uśmiech jego był jaśniejszy jeszcze niż zwykle.
— Ojoj! Naturalnie, że się uda! — odpowiedział. — Czary będą działać tak samo jak nasionka, kiedy je słońce ogrzewa. Działać będą na pewno. Czy mamy zaraz zacząć?
Colin był rozpromieniony. Mary również. Pod wpływem wspomnień fakirów i derwiszów z ilustrowanych książek Colin poddał myśl, by wszyscy zasiedli po turecku pod drzewem, tworzącym nad nimi baldachim.
— Tak będzie, jakbyśmy zasiedli w jakiejś niby świątyni — rzekł Colin. — Jestem trochę zmęczony i chciałbym usiąść.
— No, no! Paniczu! — rzekł Dick. — Nie trzeba zaczynać od mówienia, że się jest zmęczonym, bo czary uciekną!
Colin odwrócił się i spojrzał w jego niewinne, okrągłe oczy.
— Tak, to prawda — wyrzekł z namysłem. — Muszę wciąż o czarach pamiętać.
Gdy zasiedli kołem pod drzewem, wyglądali doprawdy tajemniczo i uroczyście. Ben Weatherstaff miał uczucie, że go gwałtem wprowadzili na zgromadzenie pobożnych, na modlitwę. Zwykle z przekonania był przeciwnym należeniu do takich zgromadzeń, ale ponieważ tym razem była to sprawa młodego radży, zatem nie oponował i, co więcej, pochlebiało mu to niejako, że go do współudziału zawezwano. Mary była w uroczystej ekstazie. Dick trzymał królika na ręku i może dawał jakieś znaki czarodziejskie, których nikt nie dostrzegł, bowiem gdy usiadł po turecku jak inni, kawka, lisek, wiewiórki i jagnię poczęły się z wolna przybliżać i wchodzić do koła, zajmując każde z osobna miejsce wedle własnego wyboru.
— *Stworzenia* przyszły — rzekł Colin poważnie. — Chcą nam pomóc.
Mary zauważyła, że Colin naprawdę wyglądał prześlicznie. Głowę miał podniesioną dumnie, jakby się czuł rodzajem kapłana, a dziwne jego oczy miały w sobie jakieś blaski tajemnicze. Promienie słoneczne padały na niego poprzez konary drzewa.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Jadwiga Włodarkiewiczowa.