— Zrobiłaby to, co bym rozkazał — odrzekł. — A ja bym jej powiedział, że pragnę, żebyś co dzień do mnie przychodziła i rozmawiała ze mną. Bardzo rad jestem, że przyszłaś.
— Ja też się cieszę — rzekła Mary. — Będę przychodziła, jak tylko będę mogła, ale — zawahała się — będę musiała co dzień szukać drzwi.
— Tak jest, musisz — rzekł Colin — a potem mi opowiesz.
Poleżał chwilkę, rozmyślając, jak przedtem, potem znów zaczął:
— Myślę, że i ciebie zatrzymam w tajemnicy. Nic im nie powiem, póki się sami nie dowiedzą. Mogę zawsze bonę wysłać z pokoju i powiedzieć, że chcę być sam. Czy znasz Martę?
— Tak. Znam ją bardzo dobrze — odparta Mary. — Ona mi usługuje.
Wskazał skinieniem głowy na drugą stronę korytarza.
— To ona właśnie śpi tam w drugim pokoju. Bona poszła wczoraj, żeby noc spędzić z siostrą, a ona zawsze każe Marcie być przy mnie, gdy sama odchodzi. Marta ci zawsze powie, kiedy możesz przyjść do mnie.
Teraz dopiero zrozumiała Mary poważny wzrok Marty, gdy ją pytała o ów płacz.
— To Marta wiedziała od dawna o tobie? — spytała.
— A tak! Ona mi często usługuje. Bona lubi wychodzić, wtedy przychodzi tutaj Marta.
— Długo już tu jestem — mówiła Mary. — Czy mam już pójść? Oczy masz senne.
— Chciałbym zasnąć, zanim stąd odejdziesz — rzekł trochę nieśmiało.
— Zamknij oczy — powiedziała Mary — przybliżając swój fotel — a ja będę robiła to, co robiła zwykle moja Ayah w Indiach. Będę cię trzymała za rękę i będę cię głaskać, i cichuteńko cośkolwiek śpiewać.
— Myślę, że mi to będzie przyjemne — rzekł sennie.
Mary żal go się zrobiło i nie chciała, by leżał nie śpiąc, pochyliła się zatem nad łóżkiem, poczęła głaskać go po ręce i nucić cicho piosnkę hindustańską.
— Jakie to śliczne! — mówił coraz bardziej sennie, a ona wciąż nuciła i głaskała go, a gdy na niego znów spojrzała, ciemne jego rzęsy opadały na oczy i zasnął. Wstała zatem delikatnie, wzięła świecę i wysunęła się z pokoju bez szelestu.
Rozdział XIV. Młody radża
Step zakryty był mgłą, gdy nadszedł ranek, a deszcz nie przestawał padać. Nie było mowy o wyjściu na dwór. Marta taka była zajęta, że Mary nie miała sposobności z nią pomówić, lecz po południu poprosiła ją, by przyszła posiedzieć z nią w jej pokoju. Przyszła, przynosząc z sobą pończochy, które zawsze cerowała, o ile nie była zajęta czym innym.
— No, co tam u panienki nowego? — spytała, skoro tylko usiadła. — Taką panienka ma minę, jakby mi miała coś do powiedzenia.
— Bo mam. Doszłam już do tego, co to były te płacze — rzekła Mary.
Marta upuściła cerowaną pończochę na kolana i spojrzała przerażonymi oczyma.
— Nie! — krzyknęła. — Nigdy!
— Słyszałam płacz w nocy — ciągnęła dalej Mary. — Wstałam więc i poszłam przekonać się, skąd pochodzi. To Colin płakał. Znalazłam go.
Twarz Marty okryła się szkarłatem ze strachu.
— Och! Panno Mary! — zawołała, płacząc prawie. — Nie trzeba było tego robić, nie trzeba było! To mi może tyle złego narobić! Przecież nigdy panience nic o nim nie mówiłam, a jednak dużo złego może mi to narobić. Stracę miejsce i co matka ze mną pocznie!
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Jadwiga Włodarkiewiczowa.