lektury on-line

Kategorie

Tajemniczy ogród - Frances Hodgson Burnett - Strona 110

— Co prawda, to mnie nogi nigdy nie bolały — odparł — ale są cienkie i słabe. Drżą mi, więc się boję próbować stanąć.
Tak Mary, jak i Dick odetchnęli z uczuciem ulgi.
— Jak się panicz przestanie bać, to stanie z pewnością — rzekł Dick, uśmiechając się znowu. — A bać przestanie się panicz lada chwila.
— O mnie to mówisz? — rzekł Colin i leżał cicho, jakby nad czymś rozmyślał i dziwował się.
Na chwilę zapanowała cisza. Słońce miało się ku zachodowi. Była to chwila, gdy wszystko po pracy przycicha; a oni istotnie mieli dzień zajęty i podniecenia pełen. Colin wypoczywał z rozkoszą. Nawet zwierzątka przestały biegać i kręcić się i leżały skupione obok nich. Sadza usiadła na niskiej gałęzi, podniosła jedną nogę i senne powieki opuszczała na oczy. Mary sobie pomyślała, że chwilka jeszcze, a zacznie chrapać.
Toteż było nieco przerażające, gdy wśród tej ciszy Colin nagle podniósł głowę i zapytał głosem stłumionym przestrachem:
— Co to za człowiek?
Dick i Mary porwali się na równe nogi.
— Człowiek? — zawołali prędko szeptem.
Colin wskazał na wysoki mur.
— Patrzcie! — szeptał podniecony. — No, patrzcie tam!
Mary i Dick podeszli bliżej, by się przekonać. Ujrzeli zaś Bena Weatherstaffa patrzącego na nich z najwyższą pogardą ze szczytu drabiny po tamtej stronie muru! Począł Mary wygrażać pięścią.
— Żebym był żonaty i miał taką dziewczynę — krzyczał — to bym jej porządnie skórę wygarbował!
Wszedł jeszcze o szczebel wyżej, groźnie, jakby powziął był energiczny zamiar zeskoczyć i z bliska potraktować Mary; lecz gdy dziewczynka podeszła bliżej, rozmyślił się widocznie, stanął na najwyższym szczeblu drabiny, wygrażając jej wciąż pięścią.
— Nigdym o pannie dobrego wyobrażenia nie miał! — prawił. — Znieść panny nie mogłem, odkąd mi się pierwszy raz na oczy pokazała. Chude to jak miotła, gęba jak z serwatki, a tylko by się ciągle pytała i wtykała nos, gdzie nie potrzeba. Bo ja wiem, skąd to panna się ze mną tak spoufaliła. To tylko wszystko przez gila…
— Benie Weatherstaff — zawołała Mary, odzyskując całą przytomność umysłu. Stała na ziemi i musiała w górę ku niemu wołać. — Benie Weatherstaff! Gil mi drogę pokazał!
W tejże chwili zdawało się, że Ben jednym susem zeskoczy z muru, tak był oburzony.
— A! Ty zła, przewrotna dziewczyno! — krzyczał na całe gardło. — Panna śmie jeszcze na gila zrzucać!? Nie mówię, żeby on szelma nie był, ale znów nie do tego stopnia. Gil drogę pokazał! No, proszę! Gil! Och, ty przewrotne stworzenie! — Naraz wybuchnął z przemagającą ciekawością — Ale jak, u licha, mogła się panna tu dostać?
— Gil mi pokazał drogę — twierdziła uparcie. — Nie wiedział on prawdopodobnie, że to robi, a jednak mi pokazał. Ale przecież nie mogę wam tego opowiadać teraz, skoro mi pięścią wygrażacie.
Lecz Ben nagle, w tejże chwili pięść opuścił, otworzył usta i począł zdumiony przyglądać się czemuś, zbliżającemu się do nich przez trawnik.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Jadwiga Włodarkiewiczowa.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia