lektury on-line

Kategorie

Tajemniczy ogród - Frances Hodgson Burnett - Strona 58

— Włosy potargane — rzekła prędko. — Proszę się przyczesać. Marto, podaj najlepszą sukienkę, pomóż się panience ubrać. Pan Craven kazał mi ją przyprowadzić do swego gabinetu.
Twarzyczka Mary zbielała. Serduszko poczęło bić niespokojnie i poczuła, że zamienia się znów w sztywne, smutne, milczące dziecko. Nie odpowiedziała nic pani Medlock, tylko wyszła z wolna do swego pokoju wraz z Martą. Milczała, gdy ją przebierano i czesano, i milcząc szła za panią Medlock przez korytarze. Cóż miała mówić? Musiała, ot, pójść zobaczyć się z panem Craven — wiedziała, że ani on jej, ani ona jego lubić nie będzie. Wiedziała, co o niej pomyśli.
Poprowadzono ją do części domu, której nie znała dotąd. Wreszcie pani Medlock zapukała do drzwi, a gdy ktoś powiedział „proszę”, weszły obie. Mężczyzna siedział w fotelu przed kominkiem. Pani Medlock zagadała:
— Oto jest panna Mary, sir.
— Proszę iść i zostawić ją tutaj. Zadzwonię, skoro będzie czas zabrać ją stąd — rzekł pan Craven.
Kiedy pani Medlock wyszła i drzwi za sobą zamknęła, Mary stała tylko wyczekująco, takie smutne, drobne stworzonko, z rączkami zaciśniętymi trwożliwie. Widzieć mogła dobrze, że ten człowiek w fotelu nie jest garbaty, lecz tylko że plecy ma przygarbione, a czarne włosy gęsto siwizną przetkane. Odwrócił głowę i zagadał do niej.
— Przybliż się! — rzekł.
Mary podeszła do niego.
Nie był brzydki. Twarz jego byłaby piękna, gdyby nie była tak wymizerowana. Wyglądał tak, jakby widok jej męczył go i smucił i jakby namyślał się, co u licha z nią począć.
— Dobrze ci tu, mała? — spytał.
— Tak — odparła Mary.
— Dogadzają ci tu?
— Tak.
Smutnie potarł czoło, patrząc na nią.
— Drobniutka jesteś — powiedział znowu.
— Ale zaczynam tyć — odrzekła Mary bardzo sztywno, zdając sobie z tego zresztą sprawę.
Jakże miał nieskończenie smutną twarz! Oczy jego czarne wyglądały tak, jakby jej nie widziały, a jakby natomiast dostrzegły coś innego — z trudnością mógł sobie uprzytomnić jej obecność.
— Zapomniałem o tobie, dziecko — rzekł. — Ale czyż mogłem pamiętać? Zamierzałem przysłać ci nauczycielkę albo bonę, albo kogokolwiek, alem zapomniał.
— Proszę… — zaczęła Mary. — Proszę… — lecz stłumiony szloch za krtań jej schwycił.
— Coś chciała powiedzieć? — dopytywał.
— Już… już za duża jestem na bonę — rzekła Mary. — A proszę… proszę nie dawać mi jeszcze nauczycielki.
Znów potarł czoło i popatrzył na nią.
— To samo mówiła Sowerby — mruczał niezupełnie przytomnie.
Wtedy Mary zebrała się na odwagę.
— Czy to… czy to matka Marty? — wyjąkała.
— Tak, zdaje mi się — odparł.
— Ona to wie, czego dzieciom trzeba — rzekła Mary. — Ona ma dwanaścioro. Ona wie!
Pan Craven zdawał się budzić z uśpienia.
— A co chciałabyś robić?
— Chciałabym bawić się w ogrodzie — odparła Mary w nadziei, że głos jej drżeć nie będzie. — W Indiach nie lubiłam tego, ale tutaj to mi daje apetyt i tyję.
Pan Craven przyglądał jej się.
— Sowerby powiedziała także, że ci to dobrze zrobi — rzekł. — Być może. Ona mówi, że powinnaś się wzmocnić, zanim nauczycielkę dostaniesz.
Źródło tekstu: Wolne Lektury, tłumaczenie: Jadwiga Włodarkiewiczowa.

Valid XHTML 1.0 Transitional

Realizacja serwisu: Virtualmedia